zimno.
Blog > Komentarze do wpisu

Rausz

Właśnie wtedy, gdy zabierałam się za pisanie (miałam pisać od rana, ale postanowiłam jeszcze pojechać po sportowy biustonosz i po jakiś przyzwoity obiad), zadzwoniła do mnie Ola. Pogratulowała mi nowego zakupu i upewniła w nowym postanowieniu: jeden nowy zajebisty stanik w każdym kolejnym miesiącu. Nie ma co oszczędzać na swoich piersiach - tak rzekła, jasno i dobitnie kończąc temat. Wobec tej stanowczej konstatacji pozostało mi tylko zamilknąć i zgodnie pokiwać głową ...Ale wiadomo, z Olą jest tak - jeden temat się kończy, zaczyna się drugi. Nie ma sytuacji, gdy w słuchawce zapada cisza i wypada sobie powiedzieć "do widzenia". Więc od biustonoszy do depilacji, od depilacji do rozmiarówki w sklepach, od rozmiarówki w sklepach do Anji Rubik na wakacjach, od Anji Rubik na wakacjach do cellulitu, od cellulitu do Witkowskiego... Tak, udało nam się nawet zboczyć w kulturalne rewiry! Był to jednak nic nieznaczący, króciutki romans, i znowu abarot - o kremach, o biustonoszach, o pilatesie, o bieganiu... Rozmawiamy tak może raz w roku (teraz z racji wspólnej magisterskiej niedoli troszkę częściej) i czasem nie mogę się nadziwić, jak tak można. Sama się sobie dziwię - żeby nie było. Rozmowy są jednak autentycznie przyjemne. Bo gdy Ola z pełną stanowczością oświadcza, że jej zdaniem S jest dla -naście, a nie prawie -eści, nie mogę powstrzymać się od śmiechu. I gdy opowiada, jak to ostatnio była w przymierzalni, gdzie spodnie weszły jej do pół łydki i za cholerę nie chciały wejść wyżej, mam wrażenie, że ona właśnie za miliony cierpi, wypowiadając te słowa, te żale. Z przymrużeniem oka i kurwami na języku.

I tak minęło półtorej godziny (takie rzeczy tylko z Olą), które mogłam (tak jak i ona) poświęcić na pisaniu pracy. Powinnam mieć teraz wyrzuty sumienia, ale nie mam, gdyż właśnie wypiłam szklankę białego półwytrawnego (od czasów studenckich dawno minionych nie zdążyłam dorobić się kieliszków) i jest mi cudownie, szumnie, radośnie. Wezmę tę książkę, którą analizuję, i rozwalę ją w pył swoją przenikliwością. No i jeszcze muszę gdzieś zbunkrować to wino, żeby mój ukochany (z przypadłości alkoholik) nie dopatrzył się w naszej własnej bezpiecznej przystani, własnej norze, wrogiej substancji. Hmm... tylko gdzie ją u licha schować, żeby też jutro służyła?

wtorek, 28 sierpnia 2012, nybatteri1

Polecane wpisy