zimno.
Blog > Komentarze do wpisu

W Starym Domu

Czas przyspieszył. Na kilka chwil uciekłam z W. tam, gdzie wstaje się o 7 rano, bo słońce wypala dziury w nogach i pościeli, gdzie zapomina się o własnych potrzebach, aby zadowolić dwie małe istoty spragnione obecności, zainteresowania i zaangażowania (małe rączki machały do mnie już na dworcu).

W Starym Domu się zmienia. Albo już naprawdę przetrawiłam wszystkie krzywdy, albo długa rozłąka, którą zawsze z rozwagą uskuteczniam, działa kojąco i pozytywnie. Trzeba też przyznać - czas miałam zaplanowany co do minuty. Spacer z Małymi po parku. Obiad. Kąpiel Małych w fontannie. To już jeden dzień. Tak. Bo Mali potrafią bez opamiętania biegać w samych majtkach po centrum miasta tylko po to, żeby zdobyć kolejny lej wody, trzy razy większy niż oni sami. A potem, z całkowicie niekontrolowanym rechotem, obserwują, czy patrzysz. Więc nawet gdy już myślisz o wycofaniu się, powrocie do ciepłych, cichych pieleszy, nie możesz się zapomnieć, bo zaraz zostajesz zepchnięty ze schodka prosto w wodę. Dzieci są okrutne :) W Starym Domu dzieliłam się sobą i czerpałam z tego przyjemność. Justyna, a odprowadzisz mnie dzisiaj do domu? A przyjdziesz do mnie jutro? Coś się we mnie łamie zawsze, gdy to słyszę. Coś pęka. Coś się rozpływa. I choćbym była nie wiem jak zmęczona, nie potrafię powiedzieć nie. Justyna, a kiedy wyjeżdżasz? Drugiego dnia odwiedziliśmy baseny i fajną ciotkę. Zamknęłyśmy tę przygodę farbowaniem moich włosów. Justyna, a czemu wlewasz to do jednej miski? Średni brąz jak zwykle przybrał kolor fioletowej czerni, którą próbuję zmyć, traktując swoje włosy bardzo, bardzo dużymi ilościami wody i szamponu. Wygram tę wojnę, zawsze wygrywam. Nie jak zwykle z dziką radością, ale ze spokojem przywitałam chwilę, gdy zamknęły się za mną drzwi pociągu... Czas z Małymi był wyjątkowy. Intensywny. Beztroski.

Poza tym zaczęłam czytać pewną opowieść o Toskanii. Jakiś czas temu trafiłam na blog autorki. Kiedy będę mieć więcej czasu, przeczytam jej książkę. Wygrała m.in. z "Chmurdalią", "Córkami gór", "Muzeum Ciszy" i "Wilgotnymi miejscami" z kategorii "Kobiece", którą niedawno ze sporym podekscytowaniem utworzyłam na swojej Calibre. Postanowiłam rozejrzeć się trochę po tym rejonie literatury i, odłożywszy z wielkim żalem doskonałego, cudownego, zaskakującego i świeżego jak truskawki z cukrem "Drwala", wyleczywszy się z depresji po ukończeniu tegoż, ruszyłam z "Domem w Toskanii". Podróżuję więc po włoskich wzgórzach, zakurzonych ruinach, pełnych życia placach. Brakuje mi trochę jakiegoś dobrego wina towarzysza, ale tę nieobecność planuję nadrobić jutro, gdy mój M. będzie siedział w pracy. Po treningu (pobyt w Starym Domu to nie jest dobry czas na bieganie), pisaniu mgr (a jednak) i gotowaniu jakiegoś zajebistego obiadu (dzisiejsza zapiekanka z kurczakiem curry,warzywami,makaronem, sosem beszamelowym i serem gorgonzola była ABSOLUTNIE DOSKONAŁA), znajdę chwilę dla siebie, książki i dobrego towarzysza. Chyba nigdy nie piłam wina do obiadu, w dzień, no wiecie, poza imprezą, a już tyle lat żyję na tym świecie. Ot, przyjemności urlopu.

niedziela, 26 sierpnia 2012, nybatteri1

Polecane wpisy