zimno.
Blog > Komentarze do wpisu

Jest kryzys. Masz pracę. Powinnaś się cieszyć.

Czasem zastanawiam się, co by było, gdyby do szklanego akwarium mojej szefowej wpuścić panią Bożenkę z ZUS-u, która skontrolowałaby, na jakich warunkach pracujemy w naszej korpowirówce. Ciekawe, czy nasza wymuskana, wiecznie przebojowa Mistrzyni Chaosu choć na chwilę straciłaby rezon w konfrontacji z szaroburą kobietą z urzędu. Pani Bożenka odkryłaby przecież, że z dziesięciu osób dziewięć ma umowy cywilno-prawne, że wszyscy jak jeden mąż dzielnie odsiadujemy swoje osiem godzin na korpokrzesełkach (co jest przedmiotem pogardliwych nibyżartów naszej szefowej, bo przecież osiem godzin to właściwie pół etatu i tak jak ona powinniśmy zostawać jeszcze dłużej), że żadne to dzieło czy zlecenie, skoro wykonujemy miliard rzeczy, które nie są w nasze umowy wpisane. Niby powinnam się cieszyć, że pensja spływa na moje konto regularnie i nie podzielam doli freelancerów, którzy o pieniądze często muszą toczyć długie boje. Może powinnam się też cieszyć, że w ogóle mam gdzie pracować, bo wiele moich kolegów i koleżanek ze studiów nadal nie może się nigdzie zaczepić. No i tak. Jasne. Jestem wdzięczna Bogu, losowi czy jakiejkolwiek sile, która sprawiła, że wzięłam udział w rekrutacji i ostatecznie jako jedyna z 60 osób zostałam przyjęta do pracy. Ale są powody, które mnie nie cieszą, ale denerwują, stresują i niepokoją...

Mój M. na wyjazd integracyjno-szkoleniowy miał przygotować krótką prezentację, w której odpowiedziałby na pytanie, jaki jest jego pomysł na swoje miejsce w firmie w przyszłym roku. Wrócił w szampańskim nastroju, pełen energii i chęci do zmian. Razem z szefami i współpracownikami przeprowadzali analizy różnych strategii biznesowych, byli na szkoleniach motywacyjnych, a w czasie posiłków rozmawiali o swoich potrzebach, doskonałościach i niedoskonałościach firmy. Odkryto tam, co mnie w ogóle nie dziwi, naturalny talent M. do wystąpień i w ogóle naturalny talent prawie do wszystkiego. Tak ma, z reguły mówi się na to potencjał. A na człowieka - żywe srebro.

Coraz ciężej znoszę więc konfrontację tych dwóch światów. Świadomość, że gdzieś tam, a nawet całkiem blisko, istnieje firma, w której traktuje się ludzi z szacunkiem (a nie jak konie pociągowe); dba o ich rozwój (a nie przez dwa i pół roku unika się jakiejkolwiek szczerej rozmowy podsumowującej); jest się otwartym na rozmowę, wątpliwości, wrażenia (a nie ucina się każdy wątek, kiedy wyczuwa się nadchodzący problem czy chociażby ciężki temat). Może tamta firma jest jedyna na całym świecie?

W obliczu takich historii coraz mniej sensowna staje się moja egzystencja w obecnym miejscu pracy. Wszyscy próbujemy działać, wyznaczając sobie cele i zadania, podczas gdy Pani Chaosu - zamiast spinać w całość - z reguły rozpierdala wszystko w pył. Zero dyskusji. Kontrolowana rozmowa w konkretnym celu: aby ocieplić swój wizerunek, aby w przyszłości móc o coś poprosić, aby wzbudzić zazdrość czy podziw. Wszystko obliczone na wynik. Rozumiem, że można skończyć MBA, być korporacyjnym szczurem i aspirować do miana supermenedżera, ale litości... człowiek wyczuwa, kiedy traktuje się go jak zwykłego robola stojącego przy taśmie, a kiedy rozmawia się z nim jak z człowiekiem...

Pozostaje tylko jedno pytanie... jak wybrać to nowe miejsce? Jak ułożyć wszystko tak, żeby bezpiecznie wylądować?

piątek, 05 października 2012, nybatteri1

Polecane wpisy