zimno.
Blog > Komentarze do wpisu

Jak nie robić zakupów w sklepach internetowych!

Z cyklu wyznań zakupoholiczki: chyba mnie coś zamroczyło. Zwątpiłam w samą siebie i jedyną jak mi się zawsze wydawało całkiem udaną część mojego ciała, czyli mózg. Nie pomogła pamięć wszystkich sytuacji, w których robiłam z siebie idiotkę. Cóż, po prostu nadszedł czas na kolejny raz. A było tak.

Na stronie Topshopu (Jezu, czym oni wszyscy się tak ekscytują?) wypatrzyłam buty, które strasznie mi się spodobały. Czarnych botków w wersji z grubym, wysokim obcasem i zgrabnymi, wąskimi noskami szukałam od dawna. No dobra, wiem, że w wersji skinny jeans & ankle boots i tak nie będę wyglądać jak K., ale mniejsza o to. Poza tym biegam i chudnę, ciuchy na upragnione 7 kg mniej mogę sobie kupić już teraz! Motywacyjnie.

Mając w głowie upatrzony look, zapisywałam ci ja w folderze Pinterestu kolejne wersje butów. Planowałam zgromadzić materiał, a następnie dokonać ostrej selekcji i wyłonić zwycięzcę. Żeby jednak nie polegać li tylko na internetowym zdjęciu, pognałam do sklepu. Specjalnie nie łudziłam się, że akurat będą, ale i tak kręciłam się pobliżu. O dziwo - były. Przymierzyłam. Pokochałam. Tylko ta cena... M. zwrócił mi uwagę, że to chyba trochę za dużo, a kiedy już on wypowiedział się w tej kwestii, po cichu przyznałam mu rację i postanowiłam wrócić na stronę internetową. Ta - jak zapamiętałam - miała znacznie tańszą ofertę. Zdziwiłam się jeszcze tylko na okoliczność tej ogromnej dysproporcji cenowej między sklepem stacjonarnym a tym internetowym. Upewniłam się - 200 zł taniej. Kupuję! Mam, mam ci ja, dwa tygodnie i przyjdą!

Pół wieczoru się cieszyłam, pół wieczoru! Że 200 zł taniej, że mam upragnione buty, a na koncie o połowę więcej niż Polki, które znajdą buty w sklepie, a nie pomyślą, żeby zamówić je ze strony. (Taka jestem sprytna)

Potem przyszło do radosnej chwili płacenia. Po pierwsze, machnęłam na konto przelew błyskawiczny, czyli (dla niewtajemniczonych) taki, który zasila Pay Pala w ciągu kilku minut. Sto złociszy więcej, niż powinnam, tak na wszelki wypadek. Po drugie, z rozkazu sklepu powiązałam z Pay Palem dodatkowe konto bankowe, czyli takie, na którym odkładam pieniądze na upragnionego kota. I wtedy serwis zwariował. Wpierw pożarł cały przelew błyskawiczny, aby za chwilę ściągnąć jeszcze dodatkowe 150 zł z mojego kociego funduszu. Przeliczałam w jedną, przeliczałam w drugą, suma wydawała mi się absurdalnie wysoka i w nijak nieadekwatna do kwoty zamówienia. Nawet z wysyłką. Nawet z wysyłką specjalną.

Kiedy zorientowałam się, jaki błąd zrobiłam i czemu nie zgadzają się te wyliczenia, w mojej głowie rozległo się wielkie przeciągłe O ŻESZ KURWAAAA! A potem popłakałam się ze śmiechu, tudzież z litości nad sobą samą. M. zapytał mnie, skąd jest ten sklep. Z Wielkiej Brytanii - odpowiedziałam - i nagle uświadomiłam sobie, że ja - zrobiwszy kilka razy zakupy w amerykańskich sklepach online i przyzwyczaiwszy się do tej waluty - przeliczałam wszystko na dolary. DOLARY! Mało, że przypisałam Anglii amerykańską walutę (za co dostałabym pewnie bana na zakupy obu tych państwach), mało, że w czasie całej transakcji od początku przeliczanej na GBP dzielnie i konsekwentnie wybierałam USD, to jeszcze za "ukochane buty" zapłaciłam o 60 zł więcej niż w sklepie, a przy okazji oczyściłam w połowie moje kocie oszczędności! JA PIERDOLĘ?! Żeby aż tak?!

Spuśćmy na to zasłonę milczenia. A Wy możecie się śmiać do woli - po to ten wpis!

poniedziałek, 26 listopada 2012, nybatteri1

Polecane wpisy

Komentarze
zegarki.sklep
2013/06/05 21:11:23
dlaczego mamy się śmiać, dobry wpis dla przestrogi