zimno.
Blog > Komentarze do wpisu

Odchodzę i wracam

Chyba to nie jest dobry pomysł, żeby wrócić tutaj teraz. Bo mimo że każdy z nas piszących w sieci wraca głównie do siebie (chyba że jest się Kominkiem lub Maffashion), to jednak wolałam wrócić w trochę innym stylu. Ale nieważne. W sumie who cares.

Zrobiła się kolejna pora roku. Kot, którego miałam nie mieć, wyleguje się na walizce (jak to jest, że jedynym miejscem, w którym jeszcze nie spał, jest jego własny domek, ale po każdym innym zdołał się już przeturlać ze sto razy? Nawet w chlebaku był, jak tylko drzwiczki były otwarte tak długo, żeby zdążył wskoczyć na szafkę i zanurkować w środku). M siedzi na przeciwko mnie i denerwuje mnie, bo zamiast spędzać ze mną pierwszy od dawna długi weekend, chodzić po parku i robić zdjęcia, rozmawiać i śmiać się, śmiać się kur* i cieszyć młodością i JEDYNYM PIERWSZYM OD DAWNA DŁUGIM WEEKENDEM (ten, który był ostatnio, się nie liczy, gdyż byłam u rodziny czyli u dzieci, czyli "ciociu pobaw się najpierw ze mną", "ciociu, a teraz ze mną"), siedzi na uczelni i na swoich świeżo podjętych studiach...taka ze mnie biczas egoistas, że nawet tak sobie o tym pomyślałam teraz, kiedy siedzi zmęczony po dwóch dniach nauki. I właściwie tak mi się zrobiło, że już na nic nie mam ochoty. Miałam pooglądać Seks w wielkim mieście lub poczytać Ameksykę, a tymczasem spadam w otchłań zmizernienia i przestaje mi się chcieć cokolwiek. Bo jestem taka biedna nieszczęśliwa, skoro po tygodniu morderczej pracy nie mogę jak większość kobiet spędzić czasu z moim facetem, leżeć z nim w łóżku do południa, iść z nim na kawę czy po prostu na spacer po mieście. I uważam że do tego nieszczęścia mam absolutne, niepodważalne prawo, a kto uważa inaczej, niech sobie pójdzie gdzie indziej, go on. Jezu. Powiedzmy, że wezmę się za siebie i jednak się ogarnę.

Ale jeszcze zanim, jedną rzecz. Zaczęłam czytać Neila Gaimana. Amerykańskich bogów. Bo od jakiegoś czasu sprawdzam jakieś bardzo znane nazwisko w stylu John Irving albo Stephen King, nazwisko słyszane pierdyliard razy, a nietknięte ani ani. Tak więc zaczęłam dziś tych Amerykańskich, trochę zachęcona recenzją jednej mojej lubianej pani redaktor, która napisała, że Gaimana to ona tylko w listopadzie, i muszę powiedzieć, że na razie jest niezle. Naprawdę niezle. Trochę się boję, że wyjdzie z tego Coelho, ale na pewno nie zachwycano by się nim tak, gdyby to był drugi Coelho. Więc z każdym kolejnym deszczem, kolejnym zimnym porankiem i kolejnym szaroburym popołudniem będę zatapiać się w historii Cienia, tak adekwatnej do dzisiejszej aury.

Przy okazji cierpię też (skoro już tu sobie bezwolnie narzekam) na głód podróży. Zaczęło się od Nowego Jorku, do którego wybyła K. jakiś czas temu. Dużo pisała stamtąd. Dużo obrazków wysłała. Obiecałam sobie - za rok. Muszę odłożyć. Ale w międzyczasie widzę, że do Madrytu za 200 zł w obie strony albo do Barcelony za 150. I gdyby nie to, że do końca tygodnia będę żyć za 40 zł, aby w piątek przywitać wreszcie wypłatę wybawicielkę, pojechałabym już, jak stoję. Aha, jeszcze tylko musiałabym odłożyć na prezenty dla trojga dzieci w tym dwóch chrześniaków oraz dla babci, która kończy 80 lat. Oraz reszty rodziny - z okazji świąt. Ale generalnie - jak stoję, tak mogę lecieć. Gdziekolwiek. Tak mi brakuje lekkiej sukienki i niespiesznych spacerów, lotniska, na którym nigdy w życiu nie byłam, i taksówki w obcym kraju, którą nigdy nie jechałam. Tak mi tęskno do nieznajomych zaczepnych spojrzeń, śniadania w kawiarni, dreszczu nowości i zapachu nieznanego. Do bezmyślnych wypraw i świeżej pościeli w obcym miejscu. Głęboko w sercu czuję, że pieniądze dałyby mi teraz szczęście. W czasie, gdy nie mam ani złotówki wolnej, wszystko natomiast bezczelnie prowokuje mnie do wydawania pieniędzy. A ja, jako ta trzcina w przyrodzie, nie mogę tego mieć. I nic tu nie pomaga myślenie - jak by nie liczyć, jeszcze nie teraz, nie dla mnie. Niet. No pasaran. A tymczasem nawet w Amerykańskich bogach bohater musi lecieć samolotem już na dziesięciu pierwszych stronach.

poniedziałek, 11 listopada 2013, nybatteri1

Polecane wpisy