|
Archiwum
Zakładki:
Ale fajne opowieści
Artystycznie
Litery
Niech stracę, jestem kobietą
Trochę różności
Trochę zdjęć
Tu się czasem chowam
Tagi
|
niedziela, 13 maja 2012
Muszę zapomnieć o wszystkich rzeczach, które chciałam zrobić w ten weekend. Z którymi nie zdążyłam. O puzzlach, naszyjniku, pisaniu mgr. Czytanie książki i bieganie nadal mam w planach. Odważnie postanawiam zrobić jeszcze "chociaż to". A oprócz tego przespać się trochę, a potem skutecznie wybudzić. Cholera, teraz najchętniej wzięłabym do ręki jakiś zajebisty drink. Tequilla Sunrise albo po prostu wódka z sokiem pomarańczowym i lodem. Dużo lodu. Leżałabym na łóżku i patrzyła, jak za oknem robi się coraz ciemniej. A potem Bozia Wszechmogąca poniosłaby mnie na skrzydłach i wspomogła w procesie wybiegania własnych wnętrzności. Tia, kolejny punkt planu treningowego. Konsekwencja to podstawa - te słowa odbijają mi się czkawką, wszak nie ma na świecie osoby bardziej niekonsekwentnej, niestałej w postanowieniach niż ja. Janek z moją siostrą prawdopodobnie już wrócili. Po całym dniu biegania podobno usnął już na Zachodniej. Plac zabaw, tuż obok nas, w najbliższym parku, wzbudził mój zachwyt. To szok, jak wiele wymyślnych zabaw i torów przeszkód ludzie są w stanie wymyślić na takiej -jakby nie było- ograniczonej przestrzeni. Nawet kurwa interaktywne kółko i krzyżyk! Fontanny też mu się podobały. Zwłaszcza ta, którą można było sterować. Trudno, żeby nie! Zasnął na Zachodniej. Wyobrażam to sobie :) M. chodził z nami. W jego oczach malowały się na zmianę zdziwienie i przerażenie. Nie przywykł do tego, oj nie przywykł. A deklaracje dotyczące pozostania rodzicem najlepiej weryfikuje przebywanie z małymi dziećmi. Wówczas odpowiedz właściwie sama ciśnie się na usta. I zazwyczaj pierwsza myśl jest najtrafniejsza. Czemu ten weekend tak właściwie zniknął? Czemu go tak jakby nie było?
sobota, 05 maja 2012
Odkąd pojawiły się moje złe sny, problemy z utrzymaniem że tak powiem psychicznej równowagi, stałe poczucie zagrożenia i frustracji myślałam: on albo ja. Kto będzie pierwszy. Czy to ja nie wytrzymam, czy on da się ponieść swej oczywistej frustracji i przetnie gałąź, na której siedzi. W środę, trzeciego dnia mojego urlopu, w dzień spokojny i słoneczny, okazało się, że jednak to ja zostaję na placu boju. Mój szef złożył wypowiedzenie. Walnęło we mnie i od razu rozbolał mnie żołądek. Nie będzie go. Kogo wybiorą na jego miejsce. Znał się na temacie, ale zupełnie nie miał podejścia do ludzi. Nie będzie go. Jak zmienią się relacje w zespole, który (pomijając moją osobę) stworzył sobie z własnych przyjaciół, znajomych, dawnych miłości, znajomych znajomych. Czy ktoś, kto przejmie jego obowiązki, będzie dobrym, świadomym liderem? Czy wreszcie będzie normalnie, spokojnie, konstruktywnie i bezpiecznie. Nie będzie go. W poniedziałek nie będzie już jego krzyku, złości, przekleństw, arogancji, chamstwa, nienawiści i prostactwa. Jezu, wreszcie go nie będzie. Ja pierdolę.
piątek, 04 maja 2012
Pierwszego dnia pojechałam na urodziny mojej chrześnicy, porobiłam jej zdjęcia, odwiedziłam rodzinę. Drugiego dnia wróciłam do siebie, poczytałam książkę, posiedziałam w domu, poczułam nadchodzący weekend i kupiłam białe tenisówki na lato. Trzeciego dnia zapuściłam się nad Zalew Zegrzyński, w autobusie poznałam nieprzeciętne możliwości złotej polskiej młodzieży oraz najnowsze hity w stylu "jestem gorąca", poleżałam na plaży, na kocu (z dala od bezmózgich istot, których rzęsy były dłuższe niż i tak przedłużone paznokcie), pobrodziłam w wodzie, odkryłam opuszczony bunkier w lesie i nie znalazłam cache'a. Czwartego dnia porozmawiałam z M. i E. na warszawskiej plaży, po raz pierwszy malowałam węglem i ze zdumieniem odkryłam, że tuż obok nas jest zdecydowanie więcej pięknych, szczupłych i zadbanych dziewczyn (cholera,bez cellulitu), niż myślałam. Piątego dnia uklepywałam ziemię w Kampinosie na kilkukilometrowej wycieczce, szukałam łosia, zaskrońca oraz trasy, którą można by spokojnie pokonać rowerem. Tę ostatnią znalazłam. Szóstego dnia wybraliśmy się we czwórkę do Kazimierza Dolnego, robiłam dużo zdjęć na plaży i w wąwozie oraz ubrudziłam moje nowe tenisówki tak, że ani pranie, ani wybielacz nie przywróciły stanu sprzed czterech dni. Siódmego dnia zjadłam pyszny obiad, a potem zrezygnowałam z zakupów w wielkim centrum, za to udałam się do mniejszego i tam właśnie osiągnęłam swój cel. Siódmego dnia usiadłam wieczorem i w zadumie stwierdziłam - dopiero teraz czuję, że litościwy Dobry Pan Bóg stworzył coś takiego jak czas i mnie, biednego królika z przetrąconym uchem, wcale nie wykluczył ze społeczności szczęśliwców. Poczułam wreszcie, że ów czas i mnie nie omija, i mi nie przelatuje przez palce. Niestety nic nie sprawia mi większej przyjemności niż fajny odpoczynek i swoboda.
piątek, 20 kwietnia 2012
Zbliża się wariacki weekend. A ja, siedząc teraz w fotelu, słuchając genialnego wykonania "Layli" z przedługą, przegenialną solówką, chowam się w tej chwili. W piątkowych blokach startowych, kiedy mam już za sobą całe bogactwo minionego tygodnia, przed sobą całą przyjemność nadchodzącego weekendu, a na razie nie muszę jeszcze robić nic. W głowie mam pomysły na majowy weekend. Pełne lasów i jezior Bory Tucholskie, rowery, całodniowe wyprawy, leżenie w mokrej trawie, swojskie jedzenie, świeża, obca pościel w obcym pokoju, może pierwsza w życiu jazda konno. Zdjęcia, dużo zdjęć. Zapalam się i za chwilę nie będę mogła przestać o tym myśleć.
niedziela, 15 kwietnia 2012
Kończę właśnie pierwszy tom i muszę przyznać wszystkim, którzy od dawna zachęcali mnie do tej lektury - to jest bardzo intrygująca książka. Fajnie napisana: lekko i z pomysłem. Nedda, Brana czy Aryii naprawdę nie da się nie lubić. Nazwy takie jak Winterfell czy Dothrakowie cieszą uszy, a sceny takie jak odnalezienie wilkorów, wędrówka Catelyn i Tyriona na Orle Gniazdo czy walka Snowa z duchem są pożywką dla wyobraźni. Nie można się z nimi rozstać. Wizję George'a Martina - o dziwo - świetnie uzupełnił serial. Aktorzy stopili się z tymi, które stworzyła moja wyobraźnia, znaczy że wybrano ich właściwie. Krótko mówiąc, wciągnęłam się. Oto moja lektura do autobusu. Oto kolejna odskocznia od stresów. Oto rzecz, która sprawia, że zapominam o bożym świecie. A tego mi teraz trzeba.
Pachnący olejek i ciemne drewno. Przyjemna muzyka z małego musicboksa, którego marki nie mogłam odczytać. I to tylko niewinny wstęp. Przywitała mnie ta młoda, piękna, promienna dziewczyna, której nie sposób było nie obdarzyć natychmiastowym uwielbieniem (była z tych ślicznych i sympatycznych, a nie ślicznych i zarozumiałych, obrażonych na cały świat). Mogłabym godzinami siedzieć i po prostu się na nią patrzeć. Poprosiła, abym najpierw wypełniła ankietę. Pomyślałam - Bogu dzięki, jest tylko sekretarką, nie ona będzie się zajmować moją twarzą i nie ona zrobi obiecany masaż (masaż czego - nie wiedziałam - nie miałam odwagi zapytać). To był mój drugi raz u kosmetyczki, ale i tak czułam się nieco dziwnie. Zawsze uważałam, że chodzą tam kobiety nieco innej klasy... Zabiegi, peelingi, masaże - moje znajome albo naprawdę tego nie robiły, albo po prostu o tym nie mówiły. Piękna, urocza pani wstała więc i zaprosiła mnie do pokoju. A jednak ona - spięłam się trochę, a jednocześnie ucieszyłam i odetchnęłam. Powiem tak - ta godzina z kawałkiem, które tam spędziłam, były jednymi z najprzyjemniejszych od dawna. Był to inny rodzaj relaksu, inny poziom. Ucisk skóry, zdecydowane ruchy, przyjemna muzyka, rozbrajające zapachy, ciepło na zmianę z zimnem i orzezwieniem, subtelne wibracje. Zapachy, zapachy! Urocza dziewczyna trochę mówiła, trochę milczała, a masaż twarzy (jednak twarzy), jaki zafundowała mi swoimi smukłymi, delikatnymi dłońmi, przebijał na głowę chwilę z najlepszymi lodami i ulubionym serialem.
niedziela, 01 kwietnia 2012
W tym tygodniu, we śnie, w poniedziałek byłam uwięziona w jednym pokoju z wielką panterą, która skakała na mnie i podgryzała moje ręce, próbując mnie zaatakować i zabić. Później znalazła się na balkonie, na czwartym piętrze mojego bloku, i aby zademonstrować swą siłę, skoczyła w dół, pewnie odbiła się od ziemi i wróciła z powrotem na balustradę. Stałam, nie mogąc wykonać żadnego ruchu. We wtorek kupowaliśmy seksi bieliznę dla J., która potem zaszła w ciążę, a jeszcze potem urodziła martwe dziecko. Na szczęście nie widziałam ciała. W czwartek trochę odetchnęłam, gdyż przyśniła mi się doskonale znana wersja labiryntu, w którym zabłądziłam - labiryntu będącego jednocześnie siedzibą Polskiego Radia i budynkiem, w którym pracuję (wolałabym jednak, żeby radiowy motyw powracał do mnie w inny sposób). W piątek byłam na pogrzebie kogoś z rodziny i kilku mężczyzn w dresach goniło mnie, bo nie spodobało im się, jak wyglądam. Środy nie pamiętam. Tak ostatnio wyglądają moje sny. Strach stał się nieproszonym, lecz wiernym kumplem. Boję się nadejścia tej wiosny i weekendów, które oznaczają dla mnie jedno - magisterka... lub jej brak. Boję się pracy, swoich wyhamowywanych, uciszanych emocji i tego, jak bardzo uderzają we mnie, pełną parą, bez cenzury. Boję się tego, że nie mam żadnej odskoczni, ale też żadnej odskoczni nie szukam. Po prostu lawiruję, czekam, wygaszam potrzeby lub bodźce (w zależności od tego, co łatwiejsze). Gdy przyjaciółka dziwi się, że nie mam energii, opowiada o kolejnych projektach, którymi się zajmuje, wyobrażam sobie, jak o 18:00 wracam z pracy, idę pobiegać, a potem - w poniedziałek spotykam się z przyjaciółmi, we wtorek idę na warsztaty biżuterii, w środę idę na basen, w czwartek znów widzę się z ludźmi, w piątek wyciągam gdzieś M. W weekend proponuję jakąś zajebistą wycieczkę za miasto, znajduję czas na magisterkę i poczytanie książek. A potem z radością rozpoczynam następny tydzień. No tak. A potem zasypiam i znowu jest tak samo.
wtorek, 27 marca 2012
Wracam do domu. Zostawiam za sobą szefa, którego chyba nigdy nie polubię, kumpelę, która wylądowała dziś w szpitalu, i miniszefową, która z dzisiejszą wścieklizną za wszelką cenę próbowała udowodnić, że jest mądrzejsza, niż jest. Tak bywa w tym świecie. Ostatni będą pierwszymi. Lubię tak o tym myśleć. W radiu mówią o surfingu, słonecznych plażach w Portugalii, łapaniu fali.
niedziela, 25 marca 2012
Biorę łyk herbaty. I oddech. Na łóżku leżą ciuchy, a właściwie ubrania, kupione przed chwilą. Potrzeba odreagowania złości była silna, jak wielka była złość, tak więc nie wystarczyły ani duże okulary, ani śliczna bluzka. Ani dwie, ani trzy... Ile kosztowały, wolę na razie nie myśleć. Plus jest jeden - wiosnę przywitam nieco odświeżona, w kropkach, z modnym w sezonie kolorem mięty, z uroczym napisem "I love catrioshka". Z różową szminką na ustach. PS. Ale zakupy i tak będę wspominać wieki wieków, nigdy nie były tak szybkie i tak owocne!
niedziela, 11 marca 2012
Rezonuje mi. Zlewa się z innym tematem. I tak jest najgorzej, bo nie mogę ocenić obiektywnie. Ale w sumie nie jestem krytykiem literackim, a ten blog nie jest profesjonalną przestrzenią recenzencką, aby w ogóle się tym przejmować.
niedziela, 04 marca 2012
Biegnę pierwsze. Wyczuwam ziemię, intensywność wiatru i temperaturę. Trochę chłodno, znaczy że na potem w sam raz. Wyczuwam wiązania sznurówek. Trzymają, nie będzie trzeba ich poprawiać. Bez sensu się schylać, przerywać. Zerkam na zegarek. Tętno wzrasta. Pierwsze kółko jest bardzo ważne. Może najważniejsze. Nastraja na resztę czasu. Jeśli idzie dobrze, będzie z górki, znaczy po prostu przyjemnie. Mija mnie autobus. Ludzie siedzą w ciepłych czapach i patrzą. Zegarek wybija czas...dwie i pół minuty, trzy minuty. Trzeba przystopować, żeby potem wytrzymać dłużej. Nie ma sensu się nadwerężać, w końcu nie o to tu chodzi. Zwalniam, zegarek potwierdza. Zaraz potem słyszę "pik", znak, że tętno maleje, serce łapie powietrze, a mięśnie pracują z optymalną szybkością. Mogłabym tak dłużej, ale nie czułabym zmęczenia. A przecież chcę się zmęczyć, czuć, że działam, a nie leżę na kanapie. Dziwnie by było tak wyjść pobiegać i przemaszerować, nawet szybko, całą trasę. Nie pozwala mi na to moja ambicja, więc szykuję się do dalszej części. Słyszę "pik pik", znaczy że serce już zwiększyło obroty, skubane. Pani wyszła z psem na spacer, przez chwilą leci za mną i szczeka. Nie pani, pies. Jakby chciał obwieścić, że na dzielni tylko on ma do tego prawo. Biegnę. Na razie się nie męczę. Zdziwiona kończę pierwszy kilometr. Tylko jedno zatrzymanie. Jedna przerwa. Czyli że przebiegłam pół kilometra bez zatrzymania? Przecież jeszcze dwa tygodnie temu ledwo co ruszałam z miejsca. Czas mam dobry, zmęczona nie jestem. Biegnę dalej, na drugą rundę. Niesie mnie satysfakcja. Może to już te legendarne endorfiny? Czy pózniej?...w sumie nieważne, fajnie, że działa. Starsza pani z pieskiem (dużo ich tutaj) idzie i uśmiecha się tajemniczo. Pan na górze podszedł do okna i udaje, że go nie ma. Młody chłopak idzie z naprzeciwka i lustruje mnie spojrzeniem. No bez przesady, to nie jest aż tak dziwne. Mój ukochany pies, seter irlandzki, na spacerze. Biegnie jak ja, tyle że za piłką. Jakby się zastanowić, i ja za nią biegnę, tyle że tkwi ona w mojej głowie, wirtualnie. Drugie jest właściwie powtórzeniem pierwszego. Tyle że satysfakcja większa, a ja myślę już o następnym. Jak rozłożyć siły i co sobie zaplanować - następne może lżejsze, a pózniej do oporu? Albo - następne znów wedle planu, pózniej całe z tętnem 160, a pózniej mocny finisz. A może do końca spokojnie i konsekwentnie, tak jak na początku. Może na szybkość, a może na dystans, czyli że dodatkowe kółko (może to już dziś?). Dużo mogę zrobić w trakcie tej godziny. Może zaraz będzie godzina:dwadzieścia.
niedziela, 26 lutego 2012
Miniony tydzień był, za przeproszeniem, jak dziwka. Minął pod znakiem filmów przekładanych na następny dzień, myśli „o kurwa, zaraz znowu do pracy” i „o kurwa, znowu nie zrobiłam tego, co planowałam”. Czwartkowa histeria na temat placków z jabłkami, które nie wyszły tak jak miały wyjść, była wyłącznie wynikiem zmęczenia, niewyspania, zbyt dużej presji. Godzinę zalewałam łzami polarowy kołnierz, który uginał się od smutku i przejęcia. Bo miał to być pierwszy wolny wieczór w tygodniu, a ja wymyśliłam coś, co jednak nie wyszło, i w dodatku wszystko popsuło. Potem przyszedł weekend, ten który właśnie trwa, i huśtawka wreszcie się uspokoiła. Dynda sobie delikatnie, to w górę, to w dół.
Byłam w kinie na „Artyście”. Dla mnie porywający i bardzo pomysłowy. Świetnie nakręcony, świetnie wymyślony i genialnie zagrany. Pomysł, żeby opowiedzieć o rewolucji w kinie i wprowadzeniu doń dźwięku za pomocą środków wyrazu kina niemego, poprzez historię jego legendarnego aktora, był w 100% trafiony. Moim zdaniem spokojnie mógłby dostać Oscara. Tak jak Jean Dujardin (pierwszoplanowy aktor).
poniedziałek, 20 lutego 2012
No i ruszyło. Pani wykazała się ogromnym profesjonalizmem i, co więcej, dużą intuicją. Nie znała mnie, więc nie brała za pewnik wszystkiego, co mówię. Nie przyjmowała dobrotliwie moich słów jak bliscy, znajomi ludzie, rozumiejąc, dlaczego je wypowiadam, skąd wynikają i co tak naprawdę mam na myśli. Była zdystansowana, co mi też dawało dystans. Kontrowała uczucia faktami, trzymając się rzeczywistości, i tym samym zmuszając do wysiłku. Czułam, jak wiele energii wymaga ode mnie wyjście z kręgu moich uczuć i stanięcie z boku. Jak trudno odpowiedzieć na pytania, opierając się na tym, co jest, a nie na tym, co mi się wydaje. W skrócie: było to dokładnie to, czego się spodziewałam i dokładnie to, za co chętnie zapłacę kasę, którą mogłabym na przykład wydać na dobre słuchawki czy fajny ciuch. Warto.
niedziela, 12 lutego 2012
"Jesteś jedną z dwóch osób na świecie, przy których boję się tego, że mogę powiedzieć coś niewłaściwego" - tym wyznaniem zaskoczył mnie ostatnio dość rzadko spotykany, ale bliski, dobrze oswojony człowiek. Zdziwiona stwierdzeniem, przypomniałam sobie słowa Zbyszka. On też powiedział mi kiedyś coś podobnego. Innymi słowami. Mówił, że jestem jak dziecko, wrażliwe, delikatne i kruche. Jako dojrzały facet wyczuwał pewien rytm we mnie, który nakazywał mu uważać na słowa, być wyjątkowo wyczulonym na to, aby w pewien sposób mnie nie zranić. Możliwe, że z pewnymi typami ludzi się nie dogadam. Możliwe, że z człowiekiem, który traktuje swą żonę jak kucharkę i sprzątaczkę, a w pracy obgaduje wszystkich za ich plecami nie znajdę wspólnego języka. Ale może chociaż znajdę sposób na to, aby ochronić siebie i nie przeżywać każdego spojrzenia, każdego gwałtownego ruchu, każdego przekleństwa...
|