zimno.
| < Sierpień 2016 > |
Pn Wt Śr Cz Pt So N
1 2 3 4 5 6 7
8 9 10 11 12 13 14
15 16 17 18 19 20 21
22 23 24 25 26 27 28
29 30 31        
Kategorie: Wszystkie | Czy wiesz,że... | Sporo czytam
RSS
środa, 01 stycznia 2014

U mnie tak, że nie robiłam ich nigdy. Nie chciało mi się, nie miałam na to czasu, nie widziałam sensu. Teraz jest trochę inaczej, bo naprawdę mam ochotę ruszyć mój tyłek, poćwiczyć siłę woli i konsekwencję. Nie narzekać, ale dążyć do realizacji. Nauczyć się związku przyczynowo-skutkowego pt. jeśli coś z siebie dasz, owoc Twojej pracy do Ciebie wróci, albo: samo nic się nie zrobi, musisz najpierw nad tym popracować, albo: jeśli coś sobie postanowisz i będziesz działać, a nie tylko o tym myśleć, uda Ci się to zrealizować. Krótko mówiąc, w tym roku nie osiadamy na laurach, tylko pracujemy nad swoją sprawczością. Jezu! Chyba dostanę za to Nobla.

A WIĘC! Niech się stanie. Dzielę swoje postanowienia na kategorie i w ciągu pierwszego tygodnia opracuję realny plan na przyszły rok! Postanowieniem meta jest comiesięczne rozliczenie z moich postanowień.

FIT: To jest najprostsze. Trzy razy w tygodniu ćwiczyć. Przynajmniej raz - biegać. A jeśli będzie śnieg? Nie zaszkodzi mi wtedy raz w tygodniu przewietrzyć się i poćwiczyć siłę mięśni. Chciałabym też pokonać swój czas na 10 km. Ale do tego będę potrzebować bardziej regularnych treningów, które ustawię, gdy się trochę na świecie ociepli i rozjaśni.

PODRÓŻE: Ten rok upłynie mi pod znakiem podróży. Tego jestem pewna. Stanowczo zbyt długo podróżowałam palcem po mapie i wpatrywałam się w zdjęcia innych osób. Zamierzam ograniczyć trochę moje ciuchowe zapędy (zresztą ostatnio robi się samo) i pieniądze przeznaczyć właśnie na ten cel - poznawanie świata. Dlatego też obiecuję sobie minimum dwie wyprawy w najbliższym roku. Takie duże. Hiszpania lub Portugalia na pierwszy ogień.

KSIĄŻKI: Czytać więcej. Częściej. Rzadziej marnować czas na bzdury. Czy będę chciała to jakoś skonkretyzować? Zobaczę.

Do przemyślenia pozostawiam jeszcze kwestię mojej EDUKACJI (nieukończona praca magisterska oraz nauka języków), a także SYTUACJI TOWARZYSKIEJ. I może wpadnie coś jeszcze. A teraz wracam do "Amerykańskich bogów".

niedziela, 08 grudnia 2013

Jestem dziś niespełnioną podróżą, o której myślę od tak długiego czasu. Jestem niezobaczoną Islandią, niezwiedzoną Portugalią, nieprzeżytą Toskanią, a przede wszystkim - niedopieszczonym Nowym Jorkiem. Jestem ultraszybkim komputerem, który stał się dziś powodem kłótni z M. Jestem niewybraną nową torbą, na którą nie mogę się zdecydować. Jestem nienapisaną pracą magisterską. Jestem niewybieganym tygodniem i przepełnionym brzuchem. Jestem deficytem przyjaciół, ostrych wrażeń, mocnych imprez. Jestem brakiem bliskich ludzi, z którymi moglibyśmy się spotykać. Jestem moim partnerem, który paczki znajomych potrzebuje nie bardziej niż chińskiej porcelany. Jestem zwyczajnym sylwestrem i brakiem urlopu od kilku lat. Jestem niezadowoleniem z życia. Jestem książką Gaimana, którą czyta mi się tak tragicznie, że chyba niedługo zabraknie mi samozaparcia i po prostu odłożę ją w kąt. Jestem seksem, na który brak mi sił i cierpliwości. Jestem nogami, których nie chce mi się golić. Jestem ludzmi z pracy, których zwyczajnie nie lubię. Jestem przyszłą szefową, której boję się i co do której mam ogromne nadzieje. Jestem serialem, którego najchętniej nie wyłączałabym ani na minutę. Jestem włosami, które mimo zabiegów wyglądają jak kurzy puch. Jestem siłami, których nie mam, motywacją, której nie mam, energią, której nie mam.

Kilka dni temu obiecałam sobie być inspirującą i mądrą kobietą. Oto kurwa jestem.

22:18, nybatteri1
Link Dodaj komentarz »
poniedziałek, 11 listopada 2013

Chyba to nie jest dobry pomysł, żeby wrócić tutaj teraz. Bo mimo że każdy z nas piszących w sieci wraca głównie do siebie (chyba że jest się Kominkiem lub Maffashion), to jednak wolałam wrócić w trochę innym stylu. Ale nieważne. W sumie who cares.

Zrobiła się kolejna pora roku. Kot, którego miałam nie mieć, wyleguje się na walizce (jak to jest, że jedynym miejscem, w którym jeszcze nie spał, jest jego własny domek, ale po każdym innym zdołał się już przeturlać ze sto razy? Nawet w chlebaku był, jak tylko drzwiczki były otwarte tak długo, żeby zdążył wskoczyć na szafkę i zanurkować w środku). M siedzi na przeciwko mnie i denerwuje mnie, bo zamiast spędzać ze mną pierwszy od dawna długi weekend, chodzić po parku i robić zdjęcia, rozmawiać i śmiać się, śmiać się kur* i cieszyć młodością i JEDYNYM PIERWSZYM OD DAWNA DŁUGIM WEEKENDEM (ten, który był ostatnio, się nie liczy, gdyż byłam u rodziny czyli u dzieci, czyli "ciociu pobaw się najpierw ze mną", "ciociu, a teraz ze mną"), siedzi na uczelni i na swoich świeżo podjętych studiach...taka ze mnie biczas egoistas, że nawet tak sobie o tym pomyślałam teraz, kiedy siedzi zmęczony po dwóch dniach nauki. I właściwie tak mi się zrobiło, że już na nic nie mam ochoty. Miałam pooglądać Seks w wielkim mieście lub poczytać Ameksykę, a tymczasem spadam w otchłań zmizernienia i przestaje mi się chcieć cokolwiek. Bo jestem taka biedna nieszczęśliwa, skoro po tygodniu morderczej pracy nie mogę jak większość kobiet spędzić czasu z moim facetem, leżeć z nim w łóżku do południa, iść z nim na kawę czy po prostu na spacer po mieście. I uważam że do tego nieszczęścia mam absolutne, niepodważalne prawo, a kto uważa inaczej, niech sobie pójdzie gdzie indziej, go on. Jezu. Powiedzmy, że wezmę się za siebie i jednak się ogarnę.

Ale jeszcze zanim, jedną rzecz. Zaczęłam czytać Neila Gaimana. Amerykańskich bogów. Bo od jakiegoś czasu sprawdzam jakieś bardzo znane nazwisko w stylu John Irving albo Stephen King, nazwisko słyszane pierdyliard razy, a nietknięte ani ani. Tak więc zaczęłam dziś tych Amerykańskich, trochę zachęcona recenzją jednej mojej lubianej pani redaktor, która napisała, że Gaimana to ona tylko w listopadzie, i muszę powiedzieć, że na razie jest niezle. Naprawdę niezle. Trochę się boję, że wyjdzie z tego Coelho, ale na pewno nie zachwycano by się nim tak, gdyby to był drugi Coelho. Więc z każdym kolejnym deszczem, kolejnym zimnym porankiem i kolejnym szaroburym popołudniem będę zatapiać się w historii Cienia, tak adekwatnej do dzisiejszej aury.

Przy okazji cierpię też (skoro już tu sobie bezwolnie narzekam) na głód podróży. Zaczęło się od Nowego Jorku, do którego wybyła K. jakiś czas temu. Dużo pisała stamtąd. Dużo obrazków wysłała. Obiecałam sobie - za rok. Muszę odłożyć. Ale w międzyczasie widzę, że do Madrytu za 200 zł w obie strony albo do Barcelony za 150. I gdyby nie to, że do końca tygodnia będę żyć za 40 zł, aby w piątek przywitać wreszcie wypłatę wybawicielkę, pojechałabym już, jak stoję. Aha, jeszcze tylko musiałabym odłożyć na prezenty dla trojga dzieci w tym dwóch chrześniaków oraz dla babci, która kończy 80 lat. Oraz reszty rodziny - z okazji świąt. Ale generalnie - jak stoję, tak mogę lecieć. Gdziekolwiek. Tak mi brakuje lekkiej sukienki i niespiesznych spacerów, lotniska, na którym nigdy w życiu nie byłam, i taksówki w obcym kraju, którą nigdy nie jechałam. Tak mi tęskno do nieznajomych zaczepnych spojrzeń, śniadania w kawiarni, dreszczu nowości i zapachu nieznanego. Do bezmyślnych wypraw i świeżej pościeli w obcym miejscu. Głęboko w sercu czuję, że pieniądze dałyby mi teraz szczęście. W czasie, gdy nie mam ani złotówki wolnej, wszystko natomiast bezczelnie prowokuje mnie do wydawania pieniędzy. A ja, jako ta trzcina w przyrodzie, nie mogę tego mieć. I nic tu nie pomaga myślenie - jak by nie liczyć, jeszcze nie teraz, nie dla mnie. Niet. No pasaran. A tymczasem nawet w Amerykańskich bogach bohater musi lecieć samolotem już na dziesięciu pierwszych stronach.

22:06, nybatteri1
Link Dodaj komentarz »
niedziela, 16 grudnia 2012

Od zawsze miałam problem ze stanami pośrednimi. Dużo czasu musiało minąć, abym zaczęła cieszyć się zwyczajnym spokojem, szczęściem, miłym spotkaniem. Bezpiecznym, ciepłym domem. Facetem, z którym nie trzeba codziennie walczyć. Nie mówię o redukowaniu siebie do stanów pośrednich - zadowolenia z przeciętnego życia. Bardziej - o zwracaniu uwagi na rzeczy, które nie są pieprzonymi fajerwerkami, nie błyszczą się na kilometr, nie dudnią na dwie mile i nie są wywalane na pasek w TVN24. Trudno jest się cieszyć zwykłą codziennością, gdy ta po prostu sobie trwa, leniwie i zwyczajnie, bez zawirowań, tragedii i szoków. Żyjąc w niestabilnym świecie skrajnych emocji, zawsze wyczekiwałam - o ironio - kolejnych skrajnych doznań. Wielkich miłości, wielkich przygód. Tymczasem jadę do pracy i uśmiecham się, patrząc na starszego pana biegającego po śniegu z psem. Zastanawiam się, czy dzisiaj wieczorem i ja znajdę motywację, aby przy minus 10 wybyć w przestrzeń i wytupać kolejne dziesięć kilometrów. Siedzę w domu, czytam książkę i patrzę na Niego - przystojnego, mądrego faceta, który wysypuje ptakom chleb. Po raz setny w tygodniu wchodzę na stronę hodowli kotów i sprawdzam, czy potwierdzą się przypuszczenia opiekunów co do ciąży ich małego archangielskiego cuda. Zatapiam się w smakach i zapachach kolejnych ciast - chyba nawet zakupię specjalny gruby notes, w którym będę zapisywać kolejne sprawdzone przepisy (kto by pomyślał). Ryzykuję z literaturą, wybierając książki, po które wcześniej chyba bym nie sięgnęła. Zastanawiam się, czy by nie nauczyć się wypalania i projektowania biżuterii. Jestem na serialowym haju, całkowicie poddając się rytmowi odcinków, dając się ogarnąć pustce pojawiającej się wraz z ostatnią sceną (Homeland - czapki z głów).
Gdybym chciała, mogłabym zatrząść. Czasami próbuję i sprawdzam. Żeby sobie przypomnieć. Żeby zobaczyć, że to wcale nie jest oczywiste.

20:31, nybatteri1
Link Dodaj komentarz »
poniedziałek, 26 listopada 2012

Z cyklu wyznań zakupoholiczki: chyba mnie coś zamroczyło. Zwątpiłam w samą siebie i jedyną jak mi się zawsze wydawało całkiem udaną część mojego ciała, czyli mózg. Nie pomogła pamięć wszystkich sytuacji, w których robiłam z siebie idiotkę. Cóż, po prostu nadszedł czas na kolejny raz. A było tak.

Na stronie Topshopu (Jezu, czym oni wszyscy się tak ekscytują?) wypatrzyłam buty, które strasznie mi się spodobały. Czarnych botków w wersji z grubym, wysokim obcasem i zgrabnymi, wąskimi noskami szukałam od dawna. No dobra, wiem, że w wersji skinny jeans & ankle boots i tak nie będę wyglądać jak K., ale mniejsza o to. Poza tym biegam i chudnę, ciuchy na upragnione 7 kg mniej mogę sobie kupić już teraz! Motywacyjnie.

Mając w głowie upatrzony look, zapisywałam ci ja w folderze Pinterestu kolejne wersje butów. Planowałam zgromadzić materiał, a następnie dokonać ostrej selekcji i wyłonić zwycięzcę. Żeby jednak nie polegać li tylko na internetowym zdjęciu, pognałam do sklepu. Specjalnie nie łudziłam się, że akurat będą, ale i tak kręciłam się pobliżu. O dziwo - były. Przymierzyłam. Pokochałam. Tylko ta cena... M. zwrócił mi uwagę, że to chyba trochę za dużo, a kiedy już on wypowiedział się w tej kwestii, po cichu przyznałam mu rację i postanowiłam wrócić na stronę internetową. Ta - jak zapamiętałam - miała znacznie tańszą ofertę. Zdziwiłam się jeszcze tylko na okoliczność tej ogromnej dysproporcji cenowej między sklepem stacjonarnym a tym internetowym. Upewniłam się - 200 zł taniej. Kupuję! Mam, mam ci ja, dwa tygodnie i przyjdą!

Pół wieczoru się cieszyłam, pół wieczoru! Że 200 zł taniej, że mam upragnione buty, a na koncie o połowę więcej niż Polki, które znajdą buty w sklepie, a nie pomyślą, żeby zamówić je ze strony. (Taka jestem sprytna)

Potem przyszło do radosnej chwili płacenia. Po pierwsze, machnęłam na konto przelew błyskawiczny, czyli (dla niewtajemniczonych) taki, który zasila Pay Pala w ciągu kilku minut. Sto złociszy więcej, niż powinnam, tak na wszelki wypadek. Po drugie, z rozkazu sklepu powiązałam z Pay Palem dodatkowe konto bankowe, czyli takie, na którym odkładam pieniądze na upragnionego kota. I wtedy serwis zwariował. Wpierw pożarł cały przelew błyskawiczny, aby za chwilę ściągnąć jeszcze dodatkowe 150 zł z mojego kociego funduszu. Przeliczałam w jedną, przeliczałam w drugą, suma wydawała mi się absurdalnie wysoka i w nijak nieadekwatna do kwoty zamówienia. Nawet z wysyłką. Nawet z wysyłką specjalną.

Kiedy zorientowałam się, jaki błąd zrobiłam i czemu nie zgadzają się te wyliczenia, w mojej głowie rozległo się wielkie przeciągłe O ŻESZ KURWAAAA! A potem popłakałam się ze śmiechu, tudzież z litości nad sobą samą. M. zapytał mnie, skąd jest ten sklep. Z Wielkiej Brytanii - odpowiedziałam - i nagle uświadomiłam sobie, że ja - zrobiwszy kilka razy zakupy w amerykańskich sklepach online i przyzwyczaiwszy się do tej waluty - przeliczałam wszystko na dolary. DOLARY! Mało, że przypisałam Anglii amerykańską walutę (za co dostałabym pewnie bana na zakupy obu tych państwach), mało, że w czasie całej transakcji od początku przeliczanej na GBP dzielnie i konsekwentnie wybierałam USD, to jeszcze za "ukochane buty" zapłaciłam o 60 zł więcej niż w sklepie, a przy okazji oczyściłam w połowie moje kocie oszczędności! JA PIERDOLĘ?! Żeby aż tak?!

Spuśćmy na to zasłonę milczenia. A Wy możecie się śmiać do woli - po to ten wpis!

niedziela, 18 listopada 2012

Sprawdzam zapachy. Wącham, a za chwilę całkowicie tracę powonienie. Wybieram jedne. Następnego dnia wracam po drugie.

Właściwie to tylko woda toaletowa z nalepką promocja, ale miło będzie powitać ją w szafce, w której do tej pory zalegały tylko skarlałe wersje ulubionych perfum z Sephory (od kilku lat konsekwentnie realizuję politykę utrzymywania zapachowej aury, bazując na bezpłatnych próbkach).

Wybieram kremy, maseczki, znajduję peeling, którego tak długo szukałam. Oglądam błyszczyki do ust, balsamy do ciała. Zastanawiam się, czy nie kupić sobie jakiegoś na zapas (zapasu mam w domu i tak wystarczającą ilość, a obecny stan ogrzewania nie sprzyja pozostawaniu w łazienko-kuchni dłużej niż ustawa przewiduje, czyli prysznic, zęby i szybko do łóżka). Od tygodnia snujemy plany napadu na naszą sąsiadkę z dołu, która twardą ręką miętosi gałki starego domowego pieca. Marzę o chwili, kiedy będę mogła spokojnie położyć się w wannie i tak samo spokojnie z niej wyjść. Jednocześnie z rozczuleniem witam kolejną porę roku, kiedy zimno rozgaszcza się w naszych progach i - przeganiane ciepłem kuchenki gazowej, piecyka czy świec - pokazuje, who's the master.

Spędzam pół dnia na szukaniu i przymierzaniu czegoś, co jeszcze rok temu nie wzbudziłoby mojej najmniejszej uwagi. Chyba mnie pardon coś pierdolnęło, gdyż moją nową nieposkromioną potrzebą stały się buty. Bóg jeden raczy wiedzieć - a współczuję mu w każdej jednej sekundzie, gdy musi być świadkiem moim dylematów - ile detali może zadecydować o kolejnym zakupie. Sama patrzę na siebie z niedowierzaniem. Zmiany idą. Waga nie kłamie, mimo że podejrzewam ją czasem o jawne oszustwo. Odkryłam siłownię, w której czuję się jak na wieczorowym wyjściu, znaczy się że muzyka, kilka telewizorów, kolory, sprzęt jak ze stacji kosmicznej. Żaden tam ascetyzm i walczmy wszyscy o skupienie i osiągnięcie celów. Nie ma białych kozaczków ani białych rękawiczek, ale jest jak w klubie, gdzie zamiast siedzieć na tyłkach i wpieprzać czipsy wszyscy uprawiają sport. Fajna energia. Wciągająca.

Zwieńczeniem wszystkiego jest sukienka, którą ostatnio po raz pierwszy w życiu założyłam na siebie. Brawa proszę! I nawet jeśli nie wyglądam jak Miranda Kerr na plaży (po ciąży - Boże jak ona to robi), do końca życia nie będę ukrywać drobnych niedoskonałości pod warstwami spodni. Poza tym - i tak jest ich coraz mniej. Waga nie kłamie.

Czegoś szukam. Albo coś szuka mnie.

18:27, nybatteri1
Link Dodaj komentarz »
sobota, 20 października 2012

Nie mogę się uwolnić od pewnych fragmentów ostatnich dni.

Od tej melodii, kiedy to szłam do pracy i drzewo było żółte, jakby było słońcem, a z tyłu szedł chyba tata z malutkim dzieckiem, które nuciło "panie Janie, panie Janie, rano wstań, rano wstań". I nie mogłam się powstrzymać, więc dośpiewałam dalej, nie odwracając się za siebie, "wszystkie dzwony biją, wszystkie dzwony biją BIM BAM BOM, BIM BAM BOM" i usłyszałam zza pleców śmiech tego dziecka. I pomyślałam o tych maluszkach, co to je trzeba wybudzać ze snu buziakiem, i że w sumie dobrze, że nie mam teraz absolutnie żadnych warunków sprzyjających prokreacji, bo moje instynkty zaczynają niebezpiecznie pomrukiwać, gdy słyszę takie "panie Janie".

Od pięknego żakietu koleżanki z pracy, który potem w trakcie długiego rajdu po sklepach został zidentyfikowany przez moje pamiętliwe oko dla samej satysfakcji zidentyfikowania, a w efekcie zainspirował mnie do kupna innego żakietu w podobnym kolorze, który dnia następnego zrobił furorę w naszej babskiej korpozagrodzie. I jeszcze moja nowa obsesja na punkcie butów... Kto mi przełączył w głowie ten prztyczek...?

Od dziwacznych demonicznych wyrzutów sumienia w stosunku do rodzicielki mojego M., która być może jest o mnie zazdrosna, gdyż zabieram jej nie tylko syna, ale też zainteresowanie jej męża. Nie wiem za bardzo, jak poprawnie lawirować między uwagą tego sympatycznego człowieka, który może mógłby stać się jedynym normalnym mężczyzną w moim życiu, a ewidentnym smutkiem ponadczterdziestoletniej kobiety, ciągle gorącej, inteligentnej laski, której mąż nie poświęca już aż tak dużo czasu. Podświadomie działa to tak, iż na jutrzejszy rodzinny obiad mam ochotę przywdziać sukmanę kopciucha, aby nikt absolutnie nikt nie pomyślał o mnie dobrze. Aby w ogóle nikt - mimo że jestem gościem - nie zwrócił na mnie uwagi. Że też ja zawsze muszę sobie nakomplikować. A może zbytnio przeżywam i w ogóle nic się takiego nie dzieje?

Od płyty Marii Peszek: "Ej wy, ludzie psy/Mokra wasza sierść/Ej, będziemy dziś smutek łyżkami jeść", "Zamiast głowy wieża ciśnień/Zamiast jednej głowy – dwie/Nie ogarniam Jezus Maria, Nie ogarniam, nie/ Ściana płaczu, ściana śmiechu/Zamiast jednej ściany – dwie", "Dzieje się ze mną coś niedobrego/Śni mi się mięso Śni mi się krew/Chciałabym wyjąć serce spod żeber i połknąć z nim cały mój lęk/Dzieje się ze mną coś bardzo dziwnego/Śnią mi się wilki Śni mi się śnieg/Śni mi się tajga przez tajgę biegnę i bardzo męczy mnie już ten bieg".

Od książki Joanny Bator "Piaskowa Góra". Od zakończenia, które jakoś tak się ułożyło we mnie, że ciągle płynie. Keret otwiera swój superwąski dom, na rynek wchodzi druga część srylogii erotycznej czterdzieści i cztery twarze Greya, a mi ciągle siedzi w głowie ta książka wzięta do ręki jako "taki tam przykład literatury kobiecej, sprawdzę, co tam słychać na naszym podwórku".

Od tego rysunku, który dostałam od czteroletniego Jasia "narysowałem dla Ciebie ciociu piękny rysunek" (leci do pokoju, ale zaraz wraca do mojej siostry) "Mamo, gdzie ja go położyłem", "No tam przy oknie Jasiu", "Tylko się nie śmiej z tematyki rysunku" "No coś Ty, nie będę", "Proszę" "Aaaale piękny Jasiu! Te znaki drogowe będą wisieć w najważniejszym miejscu w naszym pokoju!"

Od tych wszystkich pomysłów na ciuchy, zestawienia ciuchów, te rajstopy i buty... Kto przełączył tę wtyczkę, że nagle zaczęło mi na tym zależeć?

Od nieustannej potrzeby zmiany swojej pochmurnej twarzy czy też głowy w taką radośniejszą nieco, pogodniejszą, pozytywnie nastawioną do życia i świata. I żeby nawet jak jest nie bardzo, zachować spokój wewnętrzny, jak w terapii AA. I że zmęczenie czy stres to nie koniec świata. Że zbyt duże słońce, niewygodne buty czy zbyt dużo pracy to nie tragedia. Że nic takiego się nie dzieje, z czym sobie nie poradzę, więc mimo wrodzonej chęci tudzież nabytych rodzinnych przyzwyczajeń nie muszę się dąsać i narzekać. Narzekać, narzekać, psuć dnia innym.

Od śmierci Anny Laszuk. Świetnej dziennikarki, kobiety o silnych poglądach i mocnym głosie.

I tak. Wszystko wiruje i nie daje spokoju. Także dobranoc. Śpijcie słodko i żeby Wam nie wirowało. Chyba że sami chcecie...

23:42, nybatteri1
Link Komentarze (1) »
piątek, 05 października 2012

Czasem zastanawiam się, co by było, gdyby do szklanego akwarium mojej szefowej wpuścić panią Bożenkę z ZUS-u, która skontrolowałaby, na jakich warunkach pracujemy w naszej korpowirówce. Ciekawe, czy nasza wymuskana, wiecznie przebojowa Mistrzyni Chaosu choć na chwilę straciłaby rezon w konfrontacji z szaroburą kobietą z urzędu. Pani Bożenka odkryłaby przecież, że z dziesięciu osób dziewięć ma umowy cywilno-prawne, że wszyscy jak jeden mąż dzielnie odsiadujemy swoje osiem godzin na korpokrzesełkach (co jest przedmiotem pogardliwych nibyżartów naszej szefowej, bo przecież osiem godzin to właściwie pół etatu i tak jak ona powinniśmy zostawać jeszcze dłużej), że żadne to dzieło czy zlecenie, skoro wykonujemy miliard rzeczy, które nie są w nasze umowy wpisane. Niby powinnam się cieszyć, że pensja spływa na moje konto regularnie i nie podzielam doli freelancerów, którzy o pieniądze często muszą toczyć długie boje. Może powinnam się też cieszyć, że w ogóle mam gdzie pracować, bo wiele moich kolegów i koleżanek ze studiów nadal nie może się nigdzie zaczepić. No i tak. Jasne. Jestem wdzięczna Bogu, losowi czy jakiejkolwiek sile, która sprawiła, że wzięłam udział w rekrutacji i ostatecznie jako jedyna z 60 osób zostałam przyjęta do pracy. Ale są powody, które mnie nie cieszą, ale denerwują, stresują i niepokoją...

Mój M. na wyjazd integracyjno-szkoleniowy miał przygotować krótką prezentację, w której odpowiedziałby na pytanie, jaki jest jego pomysł na swoje miejsce w firmie w przyszłym roku. Wrócił w szampańskim nastroju, pełen energii i chęci do zmian. Razem z szefami i współpracownikami przeprowadzali analizy różnych strategii biznesowych, byli na szkoleniach motywacyjnych, a w czasie posiłków rozmawiali o swoich potrzebach, doskonałościach i niedoskonałościach firmy. Odkryto tam, co mnie w ogóle nie dziwi, naturalny talent M. do wystąpień i w ogóle naturalny talent prawie do wszystkiego. Tak ma, z reguły mówi się na to potencjał. A na człowieka - żywe srebro.

Coraz ciężej znoszę więc konfrontację tych dwóch światów. Świadomość, że gdzieś tam, a nawet całkiem blisko, istnieje firma, w której traktuje się ludzi z szacunkiem (a nie jak konie pociągowe); dba o ich rozwój (a nie przez dwa i pół roku unika się jakiejkolwiek szczerej rozmowy podsumowującej); jest się otwartym na rozmowę, wątpliwości, wrażenia (a nie ucina się każdy wątek, kiedy wyczuwa się nadchodzący problem czy chociażby ciężki temat). Może tamta firma jest jedyna na całym świecie?

W obliczu takich historii coraz mniej sensowna staje się moja egzystencja w obecnym miejscu pracy. Wszyscy próbujemy działać, wyznaczając sobie cele i zadania, podczas gdy Pani Chaosu - zamiast spinać w całość - z reguły rozpierdala wszystko w pył. Zero dyskusji. Kontrolowana rozmowa w konkretnym celu: aby ocieplić swój wizerunek, aby w przyszłości móc o coś poprosić, aby wzbudzić zazdrość czy podziw. Wszystko obliczone na wynik. Rozumiem, że można skończyć MBA, być korporacyjnym szczurem i aspirować do miana supermenedżera, ale litości... człowiek wyczuwa, kiedy traktuje się go jak zwykłego robola stojącego przy taśmie, a kiedy rozmawia się z nim jak z człowiekiem...

Pozostaje tylko jedno pytanie... jak wybrać to nowe miejsce? Jak ułożyć wszystko tak, żeby bezpiecznie wylądować?

czwartek, 04 października 2012

Otwieram okno, żeby lepiej słyszeć deszcz. W głowie szumi. Semi red. Najlepsze ze wszystkich. Moja uzależniona od alkoholu miłość przebywa obecnie na służbowym wyjeździe, co oznacza dla mnie tylko jedno - koniec abstynencji. Umówmy się, brak wina i piwa to naprawdę niewielki koszt za obecność szorstkiego policzka, którego uśmiech wyczuwam co wieczór, kładąc się spać. A że odrobina procentów nikomu nie zaszkodziła, ja - kiedy Uzależniony wypływa na morze - przejmuję stery cudownego upojenia. Anyway.

Czytam teraz "Poniedziałkowe dzieci" Patti Smith. Głównie w metrze, w autobusach. Zgrywa mi się to z jesienią, porannym rozbudzeniem. Okołopracową dynamiką. Miastem, które budzi się do życia o godzinie 8 i 17. Pierwszy raz z konieczności, drugi - z własnej potrzeby. Pomyślałam nawet, że najlepiej byłoby czytać tę książkę w autobusie, tym na najdłuższej w Warszawie trasie. Bo w domu to trochę zbyt spokojnie. Za mało liści i ludzi. Skończyłam też niedawno "Piaskową Górę" i wbrew moim początkowym wrażeniom - powaliła mnie na kolana. Dawno nie widziałam tak dobrego zakończenia, które nie dość że unosi ciężar całej historii, to jeszcze tworzy mocny, zwarty akcent. Wartość dodaną. Miła odmiana dla książek, które zazwyczaj kończą się jak zbyt długie pranie... wymuszonym furkotem i leniwym dudnieniem bębna. Byle szybciej, bo już myślę o tym, jaką książkę za chwilę wezmę do ręki. Poza tym w "Piaskowej Górze" autorka przez kilkaset stron każde zdanie pisała tak samo mocno, ostro, mądrze i zdecydowanie. Szapoba! Naprawdę. Czapki z głów! (Ciągle zastanawiam się, czy mam ochotę zmierzyć się z drugą częścią - "Chmurdalią", ale chyba jednak nie. Może na razie. Bo co, jeśli mi się nie spodoba...?)

Ostatnio znowu ciągle nie mam czasu. Wiem, że znajomi biegają na kursy i trzecie studia. Nieważne. Ja nie potrafię ogarnąć swojej kuwety. Oznacza to tylko jedno - albo nie umiem zarządzać swoim czasem, albo jestem materiałem straconym. Lost Generation. Tyle że bez wojny. Odżywają więc pod wpływem lektury Patti Smith moje marzenia o Nowym Jorku. O świecie, który wzniósł się jakby ponad poziomem ludzi, aut i mieszkań. O wielkiej panoramie szkła i ruchliwych ulic, które ciągle gnają do przodu. O duszności wrażeń, nadmiarze kolorów, stukocie obcasów, szeleście płaszczy, zapachu kawy i parówkach z budek... Ależ ja chciałabym tam pojechać...

poniedziałek, 17 września 2012

No i przyszła ta jesień. Cicha, rześka. Nowy żakiet w kolorze czerwonego wina zawisł w mojej szafie, a ja wprost nie mogę się na niego napatrzeć. Migdałowy, delikatny płyn do kąpieli stanął na półeczce w łazience. Sandałki i klapki schowałam dziś w szafce, robiąc miejsce dla obcasów, botków i kozaków. Czas otulić stopy czymś więcej niż tylko wiatrem.

Dość często miewam ostatnio takie chwile, kiedy mam ochotę zawiesić czas. Siedzieć samotnie pod kocem i tylko patrzeć. Myśli popijać kawą, którą ostatnio polubiłam w wersji bez dodatków. Może to efekt świadomości wymagań, którym powinnam sprostać. Od pewnego czasu reaguję alergicznie na takie okresy, buntując się wprost proporcjonalnie do ilości pojawiających się obowiązków. A z drugiej strony – przecież sama chciałam więcej okazji do rozwoju, wykazania się, motywacji do robienia więcej i mocniej. W zasadzie mam możliwość, żeby teraz przycisnąć gaz. Tymczasem mózg i ciało chciałyby do łóżka, pod koc, z książką lub pustką. I hamować, hamować prosto z piątki, bez straty czasu.

Jednocześnie przewijają mi się w głowie takie obrazy, gdy spaceruję godzinami po mieście, obserwując ludzi. Tych, którzy pędzą przed siebie, tych, którzy leniwie konsumują przestrzeń i towarzyską obecność. Mam głód takich widoków. Może zostało mi to z czasów studiów, kiedy zamiast siedząc na korpo krzesełku zamknięta w korpoklatce od 9 do 17, ciągle zmieniałam miejsce pobytu. I choć ciężko mnie wyciągnąć z domu nawet najbliższym przyjaciołom, na taką miejską włóczęgę z winem w ręku bym poszła. A może to tylko chęć dobrej opowieści, to wszystko...



Tagi: jesień
21:01, nybatteri1
Link Dodaj komentarz »
wtorek, 11 września 2012

Z domu wyprowadziłam się, kiedy tylko mogłam. Czyli na studia. Zmieniłam miasto, zmieniłam środowisko, odcięłam się od niekoniecznie pozytywnego wpływu ludzi, z którymi przyszło mi nosić to samo nazwisko. Kredyt wzięłam nie po to, żeby w dorosłość wchodzić z zadłużeniem rzędu ponad 30 tysięcy polskich złotych, ale żeby móc się uniezależnić i podejmować własne decyzje. Do pracy, będąc jeszcze na studiach, poszłam, bo z samego kredytu jednak ciężko było mi się utrzymać. Poza tym chciałam zdobywać doświadczenie, którego inni mogli w przyszłości nie mieć... i od czasu do czasu pójść na jakiś koncert do Stodoły (gdzie te czasy Milordzie). Po studiach poszłam do pracy, bo... właściwie nie miałam wyjścia ;). Także dlatego, że opowieść o spełnianiu swoich potrzeb i rozwoju zawodowym to także moja bajka, moja historia. Czegokolwiek w życiu nie robiłam, nigdy nie lubiłam być zależna od innych. Zawsze chciałam sama. Niezależnie. Samodzielnie.

Więc kiedy w pracy traktujesz mnie jak małe dziecko, mam ochotę urwać ci tę twoją farbowaną głowę, zedrzeć z twarzy słodko-gorzki uśmieszek i zrobić z nimi to, o czym nawet ja sama nie śniłam w najśmielszych snach. I kiedy próbujesz udowodnić, że jesteś potrzebna, tłumacząc mi rzeczy absolutnie podstawowe, mam ochotę wykrzyknąć ci prosto w twarz: Po co mi to mówisz, masz mnie za debila? Ale najbardziej nie lubię, kiedy widzisz, że przekraczasz granice i zagrywasz z bazy "aaa, będziesz na mnie fukać, ale muszę Ci to powiedzieć". Wtedy zastanawiam się, po co ci kur* ta Twoja gra. Czy naprawdę czujesz się aż tak niepewnie, czy po prostu nie widzisz, że jestem osobnym, dojrzałym człowiekiem, którego nie trzeba prowadzić za rękę?

Całe życie mam się użerać z takimi jak Ty? No żesz kurwa...

22:10, nybatteri1
Link Komentarze (2) »
poniedziałek, 03 września 2012

Lato pożegnaliśmy w lesie. Poszliśmy na długi spacer zakończony pysznym ogniskiem z kiełbaskami. Kocham smak smażonego na ogniu mięsa. Napędzana sportową motywacją, wyciągnęłam też M. na poranne bieganie. Jestem już na drugim etapie mojego planu treningowego, co mnie trochę dziwi, bardzo cieszy i w ogóle nie pozwala przestać. Oswajam pot, gorąc. Czuję radość. Szaleństwo endorfin z nowym pulsometrem.

Pojawiła się też we mnie determinacja w pisaniu. Dobre wieści na uczelni zmotywowały. Poczułam prawdziwą chęć zakończenia sprawy. A przy okazji - rozwoju intelektualnego, ponownego rozbujania własnego mózgu. Mam głód obrazów. Zdjęć. Dziwną jak błąkający się gdzieś między nogami znudzony kot potrzebę nowego przekazu. Kreacji. Zdjęć.

Patrzę na piękne psy w parkach. Mojego setera. Kiedyś. Piję gorącą, aromatyczną Lavazzę. Podziwiam nieprawdopodobne domki na Żoliborzu. Krainę, która nie śniłaby się wielu warszawiakom. Tu, za rogiem. Przeżywam koniec urlopu, stres [u innych większy :)], zadziwiają mnie stroje dziewczyn, które dzisiaj zaczęły kolejny rok szkolny.

Zbliża się jesień. Swetry, szale, koszule, chustki - nareszcie.

piątek, 31 sierpnia 2012

Rzadko kiedy zdarza mi się siedzieć i nie robić nic - taka myśl wpadła mi dziś rano do głowy, gdy ostatniego dnia swojego dwutygodniowego urlopu wymyśliłam sobie taką scenę na moim poddaszu - świeżo umyte, pachnące włosy, pyszna Lavazza i kilka chwil z nogami za oknem.

Nie jesteśmy przyzwyczajeni do takich chwil spokoju. Ciężko jest się zatrzymać, kiedy wokół nas wszystko pędzi. Medal dla każdego, kto potrafi godzinami wpatrywać się w ruch miasta i nie podążyć za nim; leżeć na łóżku, kontemplować fakturę sufitu i nie ulec zniewalającej fali ciepła i senności; siedzieć w parku bez telefonu, książki i przenośnego internetu, które zajmują jego myśli. Ja na parapecie wytrzymałam bardzo krótko. Carl Honoré nie odklaskałby mi braw. Postanowiwszy jednak przeznaczyć przedpołudnie na całkowity relaks, poszłam do parku z książką (toskańska przygoda dobiega końca, jaka szkoda rozstawać się z tym słonecznym, pełnym serdeczności światem, które każe mi przyglądać się mijanym domom). Była woda, była fontanna, był szum. Klimatycznie, adekwatnie. Ale były też dźwięki autobusów i samochodów pełnych przemieszczających się ludzi, śmiech dzieciaków biegających na placu zabaw, nawet wołania mam, które podążały za nimi krok w krok. Zamiast siedzieć w mojej toskańskiej bańce i cieszyć się, że żadne dziecko nie płacze mi nad głową, i zamiast jechać do pracy albo na pracowniczą imprezę (z której zgrabnie się wywinęłam), mogę poczytać... wstałam i poszłam zrobić zakupy na obiad. Jakby nie mogły poczekać.

Ciesz się tym wolnym. Powtarzam sobie. Przecież możesz.

wtorek, 28 sierpnia 2012

Właśnie wtedy, gdy zabierałam się za pisanie (miałam pisać od rana, ale postanowiłam jeszcze pojechać po sportowy biustonosz i po jakiś przyzwoity obiad), zadzwoniła do mnie Ola. Pogratulowała mi nowego zakupu i upewniła w nowym postanowieniu: jeden nowy zajebisty stanik w każdym kolejnym miesiącu. Nie ma co oszczędzać na swoich piersiach - tak rzekła, jasno i dobitnie kończąc temat. Wobec tej stanowczej konstatacji pozostało mi tylko zamilknąć i zgodnie pokiwać głową ...Ale wiadomo, z Olą jest tak - jeden temat się kończy, zaczyna się drugi. Nie ma sytuacji, gdy w słuchawce zapada cisza i wypada sobie powiedzieć "do widzenia". Więc od biustonoszy do depilacji, od depilacji do rozmiarówki w sklepach, od rozmiarówki w sklepach do Anji Rubik na wakacjach, od Anji Rubik na wakacjach do cellulitu, od cellulitu do Witkowskiego... Tak, udało nam się nawet zboczyć w kulturalne rewiry! Był to jednak nic nieznaczący, króciutki romans, i znowu abarot - o kremach, o biustonoszach, o pilatesie, o bieganiu... Rozmawiamy tak może raz w roku (teraz z racji wspólnej magisterskiej niedoli troszkę częściej) i czasem nie mogę się nadziwić, jak tak można. Sama się sobie dziwię - żeby nie było. Rozmowy są jednak autentycznie przyjemne. Bo gdy Ola z pełną stanowczością oświadcza, że jej zdaniem S jest dla -naście, a nie prawie -eści, nie mogę powstrzymać się od śmiechu. I gdy opowiada, jak to ostatnio była w przymierzalni, gdzie spodnie weszły jej do pół łydki i za cholerę nie chciały wejść wyżej, mam wrażenie, że ona właśnie za miliony cierpi, wypowiadając te słowa, te żale. Z przymrużeniem oka i kurwami na języku.

I tak minęło półtorej godziny (takie rzeczy tylko z Olą), które mogłam (tak jak i ona) poświęcić na pisaniu pracy. Powinnam mieć teraz wyrzuty sumienia, ale nie mam, gdyż właśnie wypiłam szklankę białego półwytrawnego (od czasów studenckich dawno minionych nie zdążyłam dorobić się kieliszków) i jest mi cudownie, szumnie, radośnie. Wezmę tę książkę, którą analizuję, i rozwalę ją w pył swoją przenikliwością. No i jeszcze muszę gdzieś zbunkrować to wino, żeby mój ukochany (z przypadłości alkoholik) nie dopatrzył się w naszej własnej bezpiecznej przystani, własnej norze, wrogiej substancji. Hmm... tylko gdzie ją u licha schować, żeby też jutro służyła?

niedziela, 26 sierpnia 2012

Czas przyspieszył. Na kilka chwil uciekłam z W. tam, gdzie wstaje się o 7 rano, bo słońce wypala dziury w nogach i pościeli, gdzie zapomina się o własnych potrzebach, aby zadowolić dwie małe istoty spragnione obecności, zainteresowania i zaangażowania (małe rączki machały do mnie już na dworcu).

W Starym Domu się zmienia. Albo już naprawdę przetrawiłam wszystkie krzywdy, albo długa rozłąka, którą zawsze z rozwagą uskuteczniam, działa kojąco i pozytywnie. Trzeba też przyznać - czas miałam zaplanowany co do minuty. Spacer z Małymi po parku. Obiad. Kąpiel Małych w fontannie. To już jeden dzień. Tak. Bo Mali potrafią bez opamiętania biegać w samych majtkach po centrum miasta tylko po to, żeby zdobyć kolejny lej wody, trzy razy większy niż oni sami. A potem, z całkowicie niekontrolowanym rechotem, obserwują, czy patrzysz. Więc nawet gdy już myślisz o wycofaniu się, powrocie do ciepłych, cichych pieleszy, nie możesz się zapomnieć, bo zaraz zostajesz zepchnięty ze schodka prosto w wodę. Dzieci są okrutne :) W Starym Domu dzieliłam się sobą i czerpałam z tego przyjemność. Justyna, a odprowadzisz mnie dzisiaj do domu? A przyjdziesz do mnie jutro? Coś się we mnie łamie zawsze, gdy to słyszę. Coś pęka. Coś się rozpływa. I choćbym była nie wiem jak zmęczona, nie potrafię powiedzieć nie. Justyna, a kiedy wyjeżdżasz? Drugiego dnia odwiedziliśmy baseny i fajną ciotkę. Zamknęłyśmy tę przygodę farbowaniem moich włosów. Justyna, a czemu wlewasz to do jednej miski? Średni brąz jak zwykle przybrał kolor fioletowej czerni, którą próbuję zmyć, traktując swoje włosy bardzo, bardzo dużymi ilościami wody i szamponu. Wygram tę wojnę, zawsze wygrywam. Nie jak zwykle z dziką radością, ale ze spokojem przywitałam chwilę, gdy zamknęły się za mną drzwi pociągu... Czas z Małymi był wyjątkowy. Intensywny. Beztroski.

Poza tym zaczęłam czytać pewną opowieść o Toskanii. Jakiś czas temu trafiłam na blog autorki. Kiedy będę mieć więcej czasu, przeczytam jej książkę. Wygrała m.in. z "Chmurdalią", "Córkami gór", "Muzeum Ciszy" i "Wilgotnymi miejscami" z kategorii "Kobiece", którą niedawno ze sporym podekscytowaniem utworzyłam na swojej Calibre. Postanowiłam rozejrzeć się trochę po tym rejonie literatury i, odłożywszy z wielkim żalem doskonałego, cudownego, zaskakującego i świeżego jak truskawki z cukrem "Drwala", wyleczywszy się z depresji po ukończeniu tegoż, ruszyłam z "Domem w Toskanii". Podróżuję więc po włoskich wzgórzach, zakurzonych ruinach, pełnych życia placach. Brakuje mi trochę jakiegoś dobrego wina towarzysza, ale tę nieobecność planuję nadrobić jutro, gdy mój M. będzie siedział w pracy. Po treningu (pobyt w Starym Domu to nie jest dobry czas na bieganie), pisaniu mgr (a jednak) i gotowaniu jakiegoś zajebistego obiadu (dzisiejsza zapiekanka z kurczakiem curry,warzywami,makaronem, sosem beszamelowym i serem gorgonzola była ABSOLUTNIE DOSKONAŁA), znajdę chwilę dla siebie, książki i dobrego towarzysza. Chyba nigdy nie piłam wina do obiadu, w dzień, no wiecie, poza imprezą, a już tyle lat żyję na tym świecie. Ot, przyjemności urlopu.

 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 18