zimno.
| < Czerwiec 2017 > |
Pn Wt Śr Cz Pt So N
      1 2 3 4
5 6 7 8 9 10 11
12 13 14 15 16 17 18
19 20 21 22 23 24 25
26 27 28 29 30    
Kategorie: Wszystkie | Czy wiesz,że... | Sporo czytam
RSS
środa, 22 sierpnia 2012

No dobra... mogłam sobie nie psuć urlopu rozmową na temat magisterki. Mogłam pozostać przy sportowych stanikach i jesiennym obuwiu. Ale nie. Przecież wiedziałam, że jeśli moja ukochana kumpela oświadczy, że już finiszuje i właściwie nawet zdąży - za co przez cały czas trzymałam mocno kciuki - będzie to dla mnie jednocześnie jak chluśnięcie lodowatą wodą nie tyle z wiadra, ile z gigantycznego basenu. Nie ma się co silić na udawany altruizm - fajniej byłoby, gdyby ktoś ze mną jechał na tym wózku pokutnym. Nie chcę sama.

Wracać na wydział i negocjować z wykładowcami kolejne zaliczenia. Wyrównywać różnice programowe, mimo że na swoich studiach byłam jedną z nielicznych osób, którym naprawdę się chciało (czemu kur* później odpuściłam?). Mimo że - na Boga - odrobiłam swoje pięć lat. Rzetelnie i z pasją. Znowu mijać te twarze. Poznawać nowe, młodzieżowe. Jezu, czy ja w ogóle będę mówić w ich języku. A może udałoby się jakoś przemknąć, niezauważalnie, od egzaminu do egzaminu. W końcu pracuję, nie mogą mi chyba rozkazać chodzić na zajęcia o 12:00 w dzień??? Nie mogą, prawda? Nawet fajnie byłoby wrócić do nauki... Nie mogę wyjść na imprezę, muszę się uczyć... Phi... Prawda jest taka, że to już nie mój świat. Że najchętniej zostawiłabym to w cholerę i zamiast mgr zajęłabym się zrobieniem kursu. Bardzo Fajnego Kursu. Ale to mnie powstrzymuje. Myślę sobie, nie bierz się za Kurs, jeśli nie skończysz tego. A masz, a masz. I tak - słuchając w radiu wyników najnowszych ankiet na temat rekrutacji pracowników (tylko 7% pracodawców zwraca uwagę na wykształcenie) - zastanawiam się tylko, czy dla kogoś będzie to miało jakiekolwiek znaczenie. A co, jeśli tak?

W tak zwanym międzyczasie odezwał się do mnie wiecznie młody i chętny do romansów M (wiadomo, że nie można odpisać na pytanie "co u Ciebie słychać" inaczej niż "to długa historia, może się spotkamy"). Kupiłam też wreszcie czarne buty na obcasach, które wieczorem już nie wydawały się tak dobre, wygodne i idealnie skrojone jak rano, w sklepie. Czyżby znowu za małe? Ile można. Jutro wracam do domu i będę się zajmować...byciem ciocią. Tak, siostra już poprosiła mnie o wzięcie kostiumu i czepka, bo Jasio bardzo chciałby pójść na basen. A czego się nie robi dla tych słodkich rączek.

poniedziałek, 20 sierpnia 2012

Nie było mnie dziś w tłumie porannych dusz, które zamknięte w nieklimatyzowanych autobusach i dusznym metrze przeklinały kolejny  poniedziałek. Nie wystukałam swojego rytmu na korposchodach, gdzie - czuję to ze stuprocentową pewnością - wkrótce pojawią się kolejne pożegnalne torty. Jem za to na poddaszu pyszne śniadanie, dopijam czerwoną herbatę i wyciszam radio nadające o Amber Gold, Michale Tusku i zbyt licznej ochronie pana Kaczyńskiego (przecież gdyby ktoś chciał go dopaść, już dawno by to zrobił). Włączam Joss Stone i od samego patrzenia robi mi się fajniej. Przede mną dwutygodniowy urlop. D w u t y g o d n i o w y! Można  powiedzieć, że łączę się teraz w świadomości z uczniami warszawskich szkół, których tyle dokładnie dzieli od pierwszego szkolnego dzwonka. Wolałabym co prawda utożsamiać się teraz z kimś innym, ale cóż. Jeden wózek.

Oczywiście nie byłabym sobą, gdyby nie sączyła się w mojej głowie strużka niepewności - bo nie ma mnie tam, gdzie zawsze o tej porze jestem, gdzie może ominąć mnie coś kluczowego (gdzie może nawet KTOŚ teraz ustali, że to właśnie ja mam przynieść następny tort), a z drugiej strony lęku przed zmarnowaniem całego urlopowego czasu. Joss poleci teraz głośniej, a ja wyrzucę z głowy te śmieci. Przez te dwa tygodnie w ogóle nie muszę o tym myśleć. Lepiej pomyślę o tym, co mam dziś ochotę zrobić najpierw. Co potem. 

Najfajniejsze jest to,że to dopiero 10:10, a ja mam wrażenie, że minęło już dziś tak dużo czasu. Zazwyczaj o tej porze dnia dobudzam się mentalnie, rozprostowuję kości i, pobudzona rozmowami z ludźmi, wkraczam niechętnie na swój kołowrotek. Swoją trampolinę. Swoją huśtawkę. A teraz... mogę wejść w tłum staruszków podążających z wolna do sklepów, gimnazjalistów okupujących plaże, parki i galerie handlowe, biznesowych wyjadaczy zmieniających kolejne spotkania na szczycie. Mogę iść pobiegać nad Wisłą i wypocić wszystkie złe emocje, jechać nad zalew Zegrzyński, kąpać się i czytać na zmianę, iść poszukać ciuchów i wyobrażać sobie siebie w pięknej, zwiewnej sukience. Wreszcie mogę zmontować film z Bieszczad! No wreszcie :)

10:13, nybatteri1
Link Dodaj komentarz »
sobota, 11 sierpnia 2012

Chyba oszalałam. Coś mi się przestawiło w głowie i już nie połączą się ze sobą odpowiednie styki. Ni z tego, ni z owego zachorowałam na ubraniowe nienasycenie. Jestem jak alkoholik, któremu ciągle mało. Obrazów, połączeń, kolorów, rodzajów, krojów. Walnęło we mnie zupełnie niespodziewanie, kiedy to zapuściłam się w rewiry pewnego barcelońskiego bloga. Dziewczyna ładna, nieprzyzwoicie zgrabna, z ciuchami, w których sama mogłabym chodzić. Tak sobie skopiować w 100 % i po prostu chodzić. Pełne podobieństwo gustów. Tyle że. Ja zawsze mało na obcasach. Miałam niby jakieś wprawki, ale że nie chciałam zainwestować, przygoda kończyła się szybko i dość boleśnie. No i te polskie chodniki, come on. Po drugie, figura. Nigdy nie byłam specjalnie zadowolona z tego, czym obdarowała mnie Bozia, tak więc chętniej zakrywałam o i owo, niż eksponowałam i podkreślałam. A ta dziewczyna eksponuje i to bardzo umiejętnie. Obecnie więc jestem jak ćpun na głodzie czy też alkoholik w czasie odwyku. Tyle że świat, w który się zapuszczam, jest mi całkowicie obcy i niezbadany. Myślę i myślę, co by tu jeszcze. Rozglądam się, planuję. Przeglądałam (proszę o wybaczenie) jakieś strony z trendami na nadchodzący sezon oraz - tak, żeby sobie popatrzeć - ukochane serwisy szafiarek: asos, romwe, schaffashoes, answear. Na pulpicie, co uważam za ostateczny upadek, założyłam sobie folder z inspiracjami, w którym zapisuję zdjęcia wszystkiego, co mi się spodoba i co chciałabym mieć. Są już ten pierwsze ofiary mojego uzależnienia. W szale zakupiłam już bardzo drogie buty z Ryłko oraz czerwone buty na obcasie ze Stradivariusa (które idealnie będą pasować do szarych spodni...). Czaję się jeszcze na botki z pomiętą cholewką oraz czarne klasyczne buty na obcasach, dobrej jakości, wygodne, kobiece. Do tego wszystkiego konsekwentnie biegam (tak, jestem już na drugim stopniu planu treningowego) oraz wykonuję ćwiczenia na uda, łydki, srytki... Boże, czemuś mnie opuścił?! Okres dojrzewania mam już przecież dawno za sobą...

Poza tym, żeby nie było, że ciągle wgapiam się w zdjęcia kobiet, czytam "Drwala" i jestem szczerze zachwycona oraz równie szczerze zdziwiona. Pachnie mi tam Gombrowiczem, oj jak pachnie. Przynajmniej w pierwszej połowie, bo tyle na razie przeczytałam. Historia o szarych Międzyzdrojach, cudownie sympatycznym, nieokrzesanym luju i wyjątkowo dziwnej kryminalnej intrydze - przednia. Ciekawe, co będzie dalej. Oby nic tego nie zepsuło.

wtorek, 31 lipca 2012

...to w pracy poszło się jeb* . Ta, trzeba to powiedzieć dosadnie. O co mi w ogóle chodzi? O ciasta, które każdego dnia zalegają obok mojego biurka. OK. Może nie każdy zrozumie. Po pierwsze, że w pracy pojawiają się ciasta (nie, nie pracuję w cukierni, ale w dusznym, nudnym korpo). A ciasta pojawiają się w korpo, bo kupujemy sobie coś, gdy wracamy z urlopów, kupujemy sobie, gdy ktoś odchodzi z zespołu, kupujemy, gdy mamy imieniny i urodziny albo gdy akurat jesteśmy w Tesco lub Macro. A że u mnie w pracy ciągle kogoś zwalniają, a w tym sezonie ktoś ciągle wraca z urlopu lub z Tesco, prawdopodobieństwo słodkiego dnia jest monstrualnie ogromne. Po drugie - kontynuując oskarżenia pod adresem ciast - może trochę przesadziłam, ale na pięć dni pracujących w tygodniu przynajmniej trzy upływają pod znakiem słodkości, które następnie przynajmniej jeden dzień zalegają (obecnie zalega np. 1/4 pudełka ciasteczek A., ciasto jagodowe O. oraz dzisiejsze torty P.). Po trzecie, dlaczego ciasta zalegają, skoro są takie dobre? Uwaga, wszyscy razem! Bo gdy w Twojej pracy każdego dnia pojawia się coś słodkiego, w końcu zaczynasz modlić się o jeden dzień luzu. W imię żołądka, psychiki i dobrego samopoczucia.

No i teraz tak. Wczoraj miałam pierwszy dzień mojego planu treningowego. Biegałam, wyszłam, pociłam się w upale. Wpisałam dumnie do statystyk, odhaczyłam z uśmiechem na twarzy. Dzisiaj rano zjadłam lekkie śniadanie, potem - już w pracy - konsekwentnie udawałam, że nie widzę jagodowego cuda i w zastępstwie tego zakupiłam serek wiejski light. I co wtedy? Wtedy do naszego ołpenspejsa wkroczył P. (ostatni dzień w pracy)... z pięcioma tortami w torbach! I o ile mogłam udawać, że ciasto jagodowe, które wpieprzaliśmy przez ostatni tydzień, nie istnieje, nie mogłam nie zauważyć świeżutkiego tiramisu, tortu jagodowo-śmietankowego, limonkowego, czekoladowego i jakiegoś jeszcze. Tyle dobrego, że mojej uwadze umknął chociaż jeden z nich...

Nie muszę mówić o wyrzutach sumienia, o rozpoczynaniu od początku, o tłuszczu, który przetapia się już prawdopodobnie nawet przez mój mózg (powodując moją przegraną w "Osadnikach z Catanu"). Wystarczy, że pomyślę o tym, jak lekko będzie mi się jutro biegać. Damn... naprawdę wypadałoby być bardziej konsekwentnym.

niedziela, 29 lipca 2012

Moja Judyta właśnie leci do Toskanii... Kto, będąc lektorem angielskiego, dostaje ofertę wyjazdu do włoskiego miasteczka i pięknej, stylowej willi z basenem, gdzie pracą ma być jeżdżenie z rodziną na wycieczki i - po prostu - rozmawianie po angielsku? Do Toskanii?! Come on! Jestem piekielnie ciekawa, czy jej podróż upłynie pod znakiem obrazków z filmów wziętych - kwitnących słoneczników, skąpanych w słońcu wzgórz i biesiadowania na powietrzu wśród brzdęku świerszczy. Tak, wiedziałam, trzeba było iść na anglistykę!

W mojej głowie ciągną się dywagacje na temat sportowych aktywności i harowania w trosce o własny rozwój. Podreptałam wczoraj na Bieg Powstania Warszawskiego, na którym pełniłam rolę kibica oraz tragarza, ale widok tych sprężystych ciał, uśmiechniętych twarzy i szczupłych, zdrowych ludzi, którzy robią coś fajnego dla siebie, tradycyjnie nakręcił mnie na uprawianie sportu. Tradycyjnie, bo ostatnio jestem stałym gościem takich imprez i co jakiś czas miewam przebłyski świadomości takie jak ten. Tylko jak - za przeproszeniem - w takim kurwa upale, kiedy siedzenie przed wentylatorem jest jedyną przyjemną aktywnością, mam się przemóc i wylewać z siebie siódme poty? A może w takim razie zapisać się na siłownię albo jakiś o dżizas fitness i po prostu uprawiać sport w klimatyzowanym pomieszczeniu. Jeszcze może by się udało, gdyby nie dwie rzeczy: 1. trzeba zapłacić i to sporo, żeby sobie pokorzystać, 2.bieżnia lub rowerek lub inny sprzęt, na jakim będzie mi zależeć, może być akurat zajęty. A kiedy biegam sobie na dworze,w  dupie mam innych frustratów pragnących schudnąć i zrzucić z siebie napięcie dnia - bieżnię mam tam, gdzie poniosą mnie nogi. I w dodatku bez odbijania karty członkostwa.

Tak więc obiecuję sobie, w sobie i publicznie, że czym prędzej rozwiążę ten dylemat i ogarnę siebie, swoje rozleniwione ciało i umysł. Z umysłem to już zupełnie inna historia...

sobota, 21 lipca 2012

"Czołem niedźwiedzie, czuj duch!" Okrzyk Piotra, gospodarza naszego bieszczadzkiego raju, będzie towarzyszył mi jeszcze długo po tym, jak odnajdę swoje miejsce w dusznym ołpenspejsie i przeludnionym metrze. Trochę czasu minie, zanim przyzwyczaję się do sztywnego grafiku dnia i ludzi napędzanych nie świeżym powietrzem i żwawym marszem, ale grubością portfela. Każde wakacje się kiedyś kończą-powtarzam to sobie jak mantrę i staram się nie przejmować. Tutaj też tak będzie można. Czasem też.

Niestety. Cztery ściany mieszkania, które przecież kocham, są jakby za ciasne. Dziwnie, że nie mogę tak po prostu wyjść na werandę, popatrzeć na góry, nocną burzę, pioruny i grzmoty. Że wieczorem nie słyszę szumu drzew, że nie wita mnie co rano donośny głos Piotra, który za każdym razem wywoływał nasz szeroki uśmiech. Mam takie wrażenie, jakby tamten świat był dużo szerszy i większy, pojemniejszy - a przecież tylu rzeczy w nim brakuje. Nie ma metra, tramwajów i autobusów kursujących co 10 minut, nie ma komputerów, telewizorów, srabletów. Nie ma tej całej elektronicznej guli, którą łykamy codziennie: elektronicznych książek, blogów, facebooków, blipów, instagramów. Tam z pełną premedytacją zredukowaliśmy się do poziomu przyrody, ogniska i Drogi Mlecznej, rozrywek takich jak Scrabble, Monopol oraz dwóch gazet - Newsweeka i Polityki - zakupionych ku pokrzepieniu umysłów. I oczywiście głównego punktu programu - całodziennego wędrowania. Konia z rzędem temu, kto wymyśli prostszy sposób na szczęście.

Moja pourlopowa depresja zaowocowała więc, a jakże, egzystencjalnymi pytaniami w stylu:"a po co mi moja praca?", długimi rozmowami w stylu "a może zamieszkalibyśmy w takim miejscu" oraz racjonalnymi konkluzjami w stylu "przynajmniej raz na kwartał możemy przecież organizować sobie taki krótki urlop". A ludzie tam sobie po prostu żyją. I są szczęśliwi. I chodzą drogą z małym plecaczkiem, krzycząc do innych "Ahoj przygodo!".

czwartek, 12 lipca 2012

Miałam kupić jedzenie na podróż, kupiłam piłeczki do ping-ponga, badmintona i gumki do włosów. Poszłam po spodnie i plecak, wróciłam z dolną częścią kostiumu kąpielowego (ach ach!). Przygotowawcze wyprawy do sklepów przyprawiały mnie o zawrót głowy i już prawie uwierzyłam w swój rzekomy zakupoholizm.

Między sklepowymi półkami zabawiłam dłużej, niż planowałam, a teraz brakuje mi czasu, żeby napisać to, co wcześniej ciągle odkładałam. Jutro po pracy biegnę do domu, uskuteczniam szybki prysznic, zmywam czerwony lakier na paznokciach, zabieram spakowany dzisiaj plecak i wybywam daleko stąd... tam, gdzie jedzenie, ludzie i czas zupełnie inaczej smakują. Czeka na mnie mój ulubiony szlak na południu Polski. Czekają niebiańsko pyszne naleśniki z cukrem pudrem i jagodami. Czeka drewniany domek i PTTK pełna młodych, młodszych już ode mnie ludzi. Wracam szybko. Za tydzień. Co i tak nie przeszkadza mi cieszyć się z zatrzymanego kołowrotka.

Tagi: góry relaks
00:30, nybatteri1
Link Dodaj komentarz »
wtorek, 03 lipca 2012

Czy wpadniemy w depresję po zakończeniu Euro - bił wczoraj z głównej strony Gazety wielki lead. Nie, nie wpadniemy. Sukcesem było, że w ogóle zasiadłam przed komputerem i z własnej woli obejrzałam kilka meczy. Wyszukałam nawet transmisję w internecie, gdy strona TVP przestała nadawać - tak, już w trakcie ceremonii otwarcia. I nawet kibicowałam. Nie pamiętam, komu. Na pewno nie Polakom. Bo gdy patrzyłam na Lewandowskiego, było mi go żal. Sam nie stanie się Drużyną i sam gór nie przeniesie. Smuda tym bardziej. Ale mniejsza o Euro. Było, minęło.

Czegoś mi ostatnio brakuje. Jakiegoś celu i jakiejś pewności. Kołowrotek szybko się toczy, wypadam z niego w 3/4 dnia i jakby nie wiem, co ze sobą zrobić. Chciałabym iść pobiegać, ale jakoś za gorąco. Mogłabym rano, ale za wcześnie. Chciałabym popisać pracę (i nawet ostatnio pisałam!), ale nie mam energii. Mogłabym iść na spacer, ale nie mogę zmobilizować się, żeby zostawić wszystko i po prostu założyć buty. Mogłabym poczytać, ale zaczęłam cztery książki i gdy biorę do ręki jedną, myślę o trzech pozostałych. Gdy patrzę, jak M. zatapia się w nastroju błogiego żartu, coraz bardziej lgnę do smutku, mając poczucie winy, że nie decyduję się tego zastopować. Ginę pod ciężarem życzeniowego myślenia, cieszenia się ideami i planami. A w rezultacie nie robię nic.

I tylko ciągle mam przed oczami (a właściwie z tyłu głowy) obraz tej kobiety. Bezbronnego zwierzątka bez pasji, bez namiętności, bez energii. Przelewającej się fali. Chodzi do pracy, ale potem nie robi nic konkretnego, fajnego, rozwijającego. Zapuściła się intelektualnie, fizycznie, towarzysko, każdopłaszczyznowo. Nawet nie chcę myśleć o tym, że mogłabym podobnie. Że - nie daj Boże - we mnie, głęboko w środku, płynie właśnie taka rzeka. Taki gen. Taka natura.

I - o ile nabrałam dystansu i o tym, co z nią związane, mówię już spokojnie - z tym się nie pogodzę. Nie jestem taka jak ona...

 

środa, 27 czerwca 2012

To srebrne (a właściwie niebieskie) cudo umila nam ostatnio wolne chwile. Umila najchętniej o czwartej rano, gdy skumulowana za dnia energia rozpiera kocie ciałko. Z czworonoga, który do wszystkiego - krzeseł, łóżka, okna, routera - podchodził jak przyczajony tygrys i który przez półtora dnia nie jadł i nie pił, na szczęście nic już nie zostało. Tego, który schował się w dziurze pod kuchenną szafką (Boże, nigdy tam nie sprzątałam), też już nie ma. Koci lęk przegrał z kocią ciekawością świata. Pokochałam go od razu, ale moje serce podbił, gdy na dźwięk harmonijki wystawił z kryjówki pierwszą łapkę.

 

23:41, nybatteri1
Link Komentarze (4) »
niedziela, 24 czerwca 2012

Dni pędzą teraz jak szalone. Dzielę je na cząstki, ćwiartki, połówki, żeby wytrzymać i nie paść przed metą - pierwszą, drugą, trzecią. Nie mam czasu, żeby stworzyć nawet jakiś sensowny wpis. Szef powraca już tylko w niemiłych wspomnieniach. Odblokowałam wszystkie zardzewiałe kanały: kreatywności, asertywności, inicjatywy, spontaniczności. Jeszcze trochę, a zniknęłyby strawione jednym wielkim kanałem Strachu. Wreszcie dostałam dodatkowe obowiązki, które sprawiają mi dużo frajdy. Wyszłam z kąta i pokazuję, kto jest czarnym koniem tej rozgrywki. Oczywiście, że ja, ja, ja :)! Gnamy do przodu jak szaleni, razem z moją szefową (w kuluarach zwaną Wichurą, tudzież Wredną Idiotką). Ja - szczerze mówiąc - cenię jej zaangażowanie, chociaż w połączeniu z niesubordynacją i brakiem racjonalnego myślenia przypomina czasem bombę atomową ala Hiroszima '45. W zetknięciu z nią, jak ci biedni Japończycy, nie mamy szans. Pozostaje tylko czekać, aż powali nas siła rażenia i trzeba będzie realizować dziesięć pomysłów, w piątek, dokładnie na godzinę przed wyjściem z pracy. Cały czas mając w swej teczce umowę zwaną śmieciową.


Dużo rzeczy ostatnio nabyłam. Zaczęłam mieć nawet wyrzuty sumienia. Zamiast super kurtki w góry, która osłoni mnie przed wiatrem i deszczem (pięćset złotych), mogłabym przecież wziąć płaszcz teoretycznie nieprzemakalny z Tesco (dwa polskie złote) - są nawet różne kolory. Zamiast paczki 400 wymyślnych herbat (pięćdziesiąt złotych), powinnam jak każdy normalny Polak co miesiąc wybierać z Kerfurowej półki paczuszkę, może dwie (siedem złotych/czternaście złotych), udowadniając tym samym swoją gospodarność. Przesadą było też kupienie trzeciej pary sandałków (trzydzieści złotych polskich), zwłaszcza że dwa tygodnie wcześniej kupiłam naraz dwie pary. O drugim rowerze (z dużymi kołami, fajną kierownicą i moimi wymarzonymi kolorami) w ogóle nie powinnam nawet wspominać...

 

Aha, piekarnik od rodzinki też powinnam zwrócić, żeby nie było mi za dobrze!

wtorek, 05 czerwca 2012

Umówiłam się z nią bardzo spontanicznie. Właściwie z nimi, ale o niej chcę napisać. Powiedziała, że kupiła sobie nowe buty. Pokaż, poprosiłam, wyjęła więc ze swojej torebki wysokie czarne szpilki. Muszę odczepić te dekoracje, powiedziała, a ja pomyślałam, że to i tak wszystko jedno, bo jeśli ze swoimi nogami założy te buty, to i tak nikt nie zwróci uwagi na jakieś tam błyskotki. Uśmiechnęła się i od razu przymierzyła buty, rozwalając pudełka i papierki na całym prawie placu Zbawiciela. Potem, gdy już ruszyłyśmy, byłam bliska położenia się przed nią na zabytkowym warszawskim bruku, aby tylko wygodniej jej się szło. No ale ona przywdziała obcas i pewnym krokiem szła do przodu. Bez mojej specjalnej pomocy. Mogłam więc zagłębiać się w swe myśli i z ukosa obserwować jej supermodny jasny trencz i sukienkę, której prawie nie było widać. Do tego profesorskie kocie okulary i burza jasnych włosów. Wiadomo, klasyka.

Potem opowiedziała mi, jak zdobyła swoją najnowszą pracę. Słowo "zdobyła" w pełni oddaje rozmiar wysiłku, jaki włożyła w uruchomienie szczęśliwego - o żesz mader fucker - koła fortuny. Szef skurwysyn nie płacił jej przez trzy miesiące, więc gdy poszła upomnieć się o swoje wynagrodzenie, rzucił jej wypowiedzeniem w twarz. (Na pewno nie każdy poszedłby do szefa, ryzykując utratę pracy w czasach kryzysu. Nawet tej nieodpłatnej). Najpierw przeżywała żal po stracie, potem ulgę. Potem, trzeciego dnia swojego wolnego, przestała myśleć i pobiegła na targi książki namówić kilku wydawców, aby wzięli ją pod swe skrzydła i opublikowali jej teksty. (Kto w ogóle ma tyle odwagi, żeby zrobić coś takiego!?) Żaden z nich co prawda nie odkrył w jej wierszach oświeconych mądrości i talentu, ale zagadał tam do niej jeden facecik, który okazał się być całkiem sporą warszawską szychą, a konkretnie prezesem wielkiej, fajnej fundacji. Następnego dnia przyszła na spotkanie. O CV poprosił, ale ledwo na nie spojrzał, wynagrodzenia nie musiała negocjować, bo zgodził się na podaną przez nią - dwukrotnie wyższą niż poprzednia pensja - stawkę. (OK, jeśli przeżyłabym poprzednie rewelacje, pewnie też pojechałabym po bandzie. Ale czy każdy?)

Zakręciła mi w głowie tą historią. Tym szaleństwem, brakiem schematów, tą odwagą i świeżością. Od jakiegoś czasu spodziewałam się z jej strony takiej bomby. Ciekawe, czy kiedyś też będę kroczyć dumnie w modnym trenczu, na wysokich obcasach po nierównym bruku, bez strachu przed upadkiem.

niedziela, 20 maja 2012

Niektórzy ludzie potrafią pracować, a w weekendy chodzić do jakiejś szkoły, na kursy doszkalające i studia podyplomowe. Kłócą się ze swoim facetem czy kobietą, a potem skupiają się na pracy, jakby nic się nie działo. Po trzecim z rzędu męczącym dniu i tak realizują swój wyczerpujący trening, bo przecież taki mają plan treningowy. Mimo iż już nie mogą biec, biegną dalej. Mimo niechęci i nagłej potrzeby zakopania się pod kocem i tak zjawiają się na spotkaniu ze znajomymi. W pracy ani przez chwilę nie lenią się, przesiadując na serwisach społecznościowych czy po prostu w internecie. Kiedy potrzebują iść na zakupy, idą i nie odkładają tego w nieskończoność. W trakcie diety nigdy nie jedzą po 19:00 i kiedy rezygnują ze słodyczy, odkładają je naprawdę, a nie podjadają ukradkiem.

W serialach są trochę wynaturzeni - po katastrofie samolotu i utracie rodziny zamiast załamać się czy chociaż pogrążyć w smutku, działają i dziarsko kombinują, co zrobić. Z grubsza jednak chodzi o to samo. O bycie konsekwentnym, ambitnym, mocniejszym niż własne słabości.

Znam niewielu takich ludzi, ale jednak. Oni - tak jak ja - mają co robić w wolnym czasie. Oni też mieliby prawdopodobnie kilkanaście innych zajęć w zamian za te dodatkowe szkoły i wykłady, ciężkie treningi, niechciane spotkania, dodatkowe zmęczenie. Oni też pewnie chcieliby się czuć lekko, dobrze, przyjemnie, bezstresowo. A jednak wybierają inaczej. Godzą się na chwilowy brak przyjemności, bo mają jakiś ważniejszy cel.

Tacy ludzie często mnie wkurzają, czasem irytują, czasem nawet wkurwiają, ale w głębi serca ich podziwiam. I też bym tak chciała.

niedziela, 13 maja 2012

Muszę zapomnieć o wszystkich rzeczach, które chciałam zrobić w ten weekend. Z którymi nie zdążyłam. O puzzlach, naszyjniku, pisaniu mgr. Czytanie książki i bieganie nadal mam w planach. Odważnie postanawiam zrobić jeszcze "chociaż to". A oprócz tego przespać się trochę, a potem skutecznie wybudzić. Cholera, teraz najchętniej wzięłabym do ręki jakiś zajebisty drink. Tequilla Sunrise albo po prostu wódka z sokiem pomarańczowym i lodem. Dużo lodu. Leżałabym na łóżku i patrzyła, jak za oknem robi się coraz ciemniej. A potem Bozia Wszechmogąca poniosłaby mnie na skrzydłach i wspomogła w procesie wybiegania własnych wnętrzności. Tia, kolejny punkt planu treningowego. Konsekwencja to podstawa - te słowa odbijają mi się czkawką, wszak nie ma na świecie osoby bardziej niekonsekwentnej, niestałej w postanowieniach niż ja.

Janek z moją siostrą prawdopodobnie już wrócili. Po całym dniu biegania podobno usnął już na Zachodniej. Plac zabaw, tuż obok nas, w najbliższym parku, wzbudził mój zachwyt. To szok, jak wiele wymyślnych zabaw i torów przeszkód ludzie są w stanie wymyślić na takiej -jakby nie było- ograniczonej przestrzeni. Nawet kurwa interaktywne kółko i krzyżyk! Fontanny też mu się podobały. Zwłaszcza ta, którą można było sterować. Trudno, żeby nie! Zasnął na Zachodniej. Wyobrażam to sobie :)

M. chodził z nami. W jego oczach malowały się na zmianę zdziwienie i przerażenie. Nie przywykł do tego, oj nie przywykł. A deklaracje dotyczące pozostania rodzicem najlepiej weryfikuje przebywanie z małymi dziećmi. Wówczas odpowiedz właściwie sama ciśnie się na usta. I zazwyczaj pierwsza myśl jest najtrafniejsza.

Czemu ten weekend tak właściwie zniknął? Czemu go tak jakby nie było?

sobota, 05 maja 2012

Odkąd pojawiły się moje złe sny, problemy z utrzymaniem że tak powiem psychicznej równowagi, stałe poczucie zagrożenia i frustracji myślałam: on albo ja. Kto będzie pierwszy. Czy to ja nie wytrzymam, czy on da się ponieść swej oczywistej frustracji i przetnie gałąź, na której siedzi.

W środę, trzeciego dnia mojego urlopu, w dzień spokojny i słoneczny, okazało się, że jednak to ja zostaję na placu boju. Mój szef złożył wypowiedzenie. Walnęło we mnie i od razu rozbolał mnie żołądek. Nie będzie go. Kogo wybiorą na jego miejsce. Znał się na temacie, ale zupełnie nie miał podejścia do ludzi. Nie będzie go. Jak zmienią się relacje w zespole, który (pomijając moją osobę) stworzył sobie z własnych przyjaciół, znajomych, dawnych miłości, znajomych znajomych. Czy ktoś, kto przejmie jego obowiązki, będzie dobrym, świadomym liderem? Czy wreszcie będzie normalnie, spokojnie, konstruktywnie i bezpiecznie. Nie będzie go. W poniedziałek nie będzie już jego krzyku, złości, przekleństw, arogancji, chamstwa, nienawiści i prostactwa. Jezu, wreszcie go nie będzie. Ja pierdolę.

20:41, nybatteri1
Link Dodaj komentarz »
piątek, 04 maja 2012

Pierwszego dnia pojechałam na urodziny mojej chrześnicy, porobiłam jej zdjęcia, odwiedziłam rodzinę. Drugiego dnia wróciłam do siebie, poczytałam książkę, posiedziałam w domu, poczułam nadchodzący weekend i kupiłam białe tenisówki na lato. Trzeciego dnia zapuściłam się nad Zalew Zegrzyński, w autobusie poznałam nieprzeciętne możliwości złotej polskiej młodzieży oraz najnowsze hity w stylu "jestem gorąca", poleżałam na plaży, na kocu (z dala od bezmózgich istot, których rzęsy były dłuższe niż i tak przedłużone paznokcie), pobrodziłam w wodzie, odkryłam opuszczony bunkier w lesie i nie znalazłam cache'a. Czwartego dnia porozmawiałam z M. i E. na warszawskiej plaży, po raz pierwszy malowałam węglem i ze zdumieniem odkryłam, że tuż obok nas jest zdecydowanie więcej pięknych, szczupłych i zadbanych dziewczyn (cholera,bez cellulitu), niż myślałam. Piątego dnia uklepywałam ziemię w Kampinosie na kilkukilometrowej wycieczce, szukałam łosia, zaskrońca oraz trasy, którą można by spokojnie pokonać rowerem. Tę ostatnią znalazłam. Szóstego dnia wybraliśmy się we czwórkę do Kazimierza Dolnego, robiłam dużo zdjęć na plaży i w wąwozie oraz ubrudziłam moje nowe tenisówki tak, że ani pranie, ani wybielacz nie przywróciły stanu sprzed czterech dni. Siódmego dnia zjadłam pyszny obiad, a potem zrezygnowałam z zakupów w wielkim centrum, za to udałam się do mniejszego i tam właśnie osiągnęłam swój cel.

Siódmego dnia usiadłam wieczorem i w zadumie stwierdziłam - dopiero teraz czuję, że litościwy Dobry Pan Bóg stworzył coś takiego jak czas i mnie, biednego królika z przetrąconym uchem, wcale nie wykluczył ze społeczności szczęśliwców. Poczułam wreszcie, że ów czas i mnie nie omija, i mi nie przelatuje przez palce. Niestety nic nie sprawia mi większej przyjemności niż fajny odpoczynek i swoboda.

1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 18