zimno.
| < Sierpień 2017 > |
Pn Wt Śr Cz Pt So N
  1 2 3 4 5 6
7 8 9 10 11 12 13
14 15 16 17 18 19 20
21 22 23 24 25 26 27
28 29 30 31      
Kategorie: Wszystkie | Czy wiesz,że... | Sporo czytam
RSS
poniedziałek, 05 marca 2007

O Jezujezujezu było cudownie! Z każdą pieśnią wkręcałam się coraz bardziej. Taka naturalna,ba! pierwotna energia. Tylko po co do k* było tam tyle stolików?!

No i wreszcie wyszlyśmy wszystkie razem-wszystkie cztery. Czułyśmy się dziwnie-razem nie byłyśmy chyba od jakiegoś roku. Na koncercie hoho... każda z nas pobiła dziś swój (jakiś) rekord. A po koncercie wszystkie złapałyśmy imprezowy nastrój, tańczyłyśmy na przystanku, śpiewałyśmy na głos. Spontanicznie, nie po naszemu. I ludzie patrzyli na nas i uśmiechali się do nas, i myśleli, że jesteśmy szczęśliwe.

Aby rozgonić chmury, chciałam poprosić o laskę Jacka Dehnela, który zmierzał do swojego domiszcza zapewne. Bo księżyc zaklinałyśmy. Ale dziewczyny mnie powstrzymały, ech :)

Chyba po raz pierwszy poczułam uczucie nieskrępoania i prawdziwej radosnej młodości. Chyba nie jestem jeszcze za stara na to uczucie, bo było mi z nim bardzo dobrze. I doceniam i dziękuję uczestnikom wczorajszego wieczoru. I Żywiołakom dziękuję, bo gdyby nie oni, nie naładowałabym tych baterii w taki sposób.

 

A teraz poważniej. Od jakiegoś czasu wyrabiano we mnie nawyk dostrzegania samobójców. Jeśli ktoś o tym wspomni, zasygnalizuje, nie można odpuszczać. Trzeba się przyglądać, delikatnie. Powinno się uważać, być czujnym, żeby móc zareagować w odpowiednim momencie. I oto mój znajomy na blogu (!) ciągle daje wyraźny sygnały, że coś jest z nim nie tak, że dzieje się coś bardzo złego, czego nie potrafi ogarnąć. Pisze też śmierci. Co robić...

PS. Po dwóch dniach wreszcie znalazłam książkę. Kto by pomyślał, że w stolicy będzie to takie trudne. W Buwie, Narodowej nic, w bibliotekach wydziałowych nic, w Empikach, Prusie i Trafficu (ekhm) nic, wreszcie udało się. Uratował mnie Liber! Haha i jest jeszcze na Dobrej jeden egzemplarz. I to wszystko. Na całą stolicę. Fajnie, prawda? 

12:26, nybatteri1
Link Dodaj komentarz »
niedziela, 04 marca 2007

Idzie wiosna. "Widać" to po mojej empetrójce. Wyrzuciłam te wszystkie zimowe smęty, przyda mi się trochę dobrej energii... W sumie jakoś muszę sobie dopomóc w tym niemiłym przejściu. Chciałabym uciec przed latem na Islandię. Generalnie tak jak teraz jest, jest dobrze- jest ciepło i ponuro. Mogłoby tak zostać. Na ulicach nie byłoby robaków, bo wolałyby zostać w ciepłych domach, wolałyby siedzieć w knajpach przy świeczkach i piwie, mało ludzi by chodziło, bo przecież ciepło przyciąga, nie zimno. Do zimna lgną tylko wariaci.Cóż.

[Pięć G grają w CDQu 16.03 !!!!!!!!!!!!!!!!!!!! Cieszy mnie to mocno i już się nie mogę doczekać!:)]

A teraz czas do pracy. Czy to głupio zabrzmi, jeśli powiem, że mi się nie chce? ...chyba tak. No to nie powiem.

09:08, nybatteri1
Link Dodaj komentarz »
sobota, 03 marca 2007

-Zjesz z nami wieczerzę. Zaraz. A potem wyśpisz się porządnie i wypoczniesz. Przygotowaliśmy dla Ciebie najlepszą komnatę, tę w wieży. I wstawiliśmy tam najlepsze łoże, jakie było w Kaer Morhen.

-Dziękuję - Triss uśmiechnęła się lekko. W wieży, pomyślała. Dobrze, Vesemir. Dziś może być w wieży, jeśli aż tak zależy ci na pozorach. Mogę spać w wieży, w najlepszym łóżku ze wszystkich łóżek w Kaer Morhen. Choć wolałabym z Geraltem w najgorszym.



Dzień upłynął na rajdzie po warszawskich bibliotekach. Jakaś zbiorowa konspiracyjna banicja - nigdzie nie ma książki, której potzebuję. Nie chce mi się już tym przejmować.O.

Dużo ludzi na wydziale się kręci. Wszyscy zdają się znajomi, tu jakiś wpis na gronie, tam kawałek fotobloga. Co się dzieje na tym świecie...

W niedzielę koncert Żywiołaka. :)

00:28, nybatteri1
Link Dodaj komentarz »
piątek, 02 marca 2007

...when all you need is a knife.

Jestem zmęczona.

Od kilku dni kończę pracę po 22:00, codziennie. Gdybym jeszcze mogła się wyspać. Rano uczelnia. No i tak funkcjonuję, zastanawiając się, jak długo wytrzymam. Jutro, dzięki bogowie, wolne od pracy, a na uniwerku tylko 1 zajęcia. Nawet perspektywa buffu nie jest taka straszna, kiedy mam pewność, że najpierw wrócę do domu, zjem normalny obiad i pojadę jak człowiek poczytać to, o czym lubię czytać, ale w warunkach sprzyjających.Tylko.

Nienawidzę półśrodków. Frustracja pojawia się, gdy coś lubię, a robię to niechętnie. Bo się nie wyspałam, bo nie mam nastroju, bo odstaje mi grzywka. Kurwa. Czasem jest wrednie.

Rozmawiałam chwilkę z osobą, która-jak się okazało- trochę się jednak oddaliła. Podjęłam próbę złapania za rękę, tak proszę państwa, po raz kolejny podjęłam tę próbę. Niedosłownie, rzecz jasna, za rękę. Nie mogłam się oczywiście uzewnętrznić, jak zawsze w chwilach, gdy bardzo mi na tym zależy. Usłyszałam "no tak, oczywiście, jakieś spotkanka, rozmowy, to jasne". Trochę nie tego się spodziewałam, ale przynajmniej coś zostało ustalone. I już nie kłuje, gdy się uśmiecham, teraz to raczej przyjemna tęsknota. Potem zostaną już tylko truskawki i czekoladki.I będzie dobrze. Zakończy się znajomo, bezpiecznie

Zostałam dziś wciągnięta w półroczne rozważania na temat melancholii. Miałam nawet myśli, aby się z tego wymiksować, ale po co, skoro naprawdę to lubię. I nawet się odezwałam.
A pan jest przemiły i cudownie słucha. Lubię mówić do takich ludzi. Lubię czerpać przyjemność z patrzenia na to, w jaki sposób słuchają.  

Planujemy pierwszą podróż autostopem. Berlin. To tak, żeby w razie czego, móc wrócić.

Tori Amos w czerwcu w Kongresowej. Gdybym była wtedy Polsce...

00:44, nybatteri1
Link Dodaj komentarz »
środa, 28 lutego 2007

Melancholik z wprawą posługuje się niezrozumieniem jak podręcznym rekwizytem, w którym jest coś z maski. Maska jest mu wręcz niezbędna. Nie musi jej uprzednio przymierzać przed lustrem, aby wiedzieć, że jest mu w niej wyjątkowo do twarzy. Tak przynajmniej sam uważa. Równocześnie jest dla niego rzeczą oczyistą, że niezrozumienie, jakim obdarzają go inni, jest i pozostanie trwałe, niezmienne. Bez zasłony niezrozumienia zostałby pozbawiony swojego magicznego kokonu bezpieczeństwa i zmuszony do poddania się twardym regułom przystosowania społecznego. Melancholik pozornie całkowicie pochłonięty własną udręką wymaga jednak widowni, publiczności dyskretnej, odległej, nie ingerującej, ale obecnej w jego własnym osobliwym teatrze życia.

Dla siebie nie oczekuje niczego więcej poza ogólą nieżyczliwością, niezrozumieniem, obojętnością.

23:16, nybatteri1
Link Dodaj komentarz »
wtorek, 27 lutego 2007

...może sprawią że znowu ty dostrzeżesz mnie.

Szkoda, że nie było dzisiaj przy mnie przyjaciela, który przybiegłby z parasolką i stał w milczeniu, podczas gdy ja czytałabym książkę. A wokół padałby śnieg, śnieg nie padałby na nas.

Rozpoczęły się dziś dla mnie kolejne cudowne zajęcia. Psycholingwistyka. Niedługo znów coś nowego: Melancholia. Coraz ciekawiej, coraz przyjemniej.

Odezwałam się dziś do kogoś, z kim nie kontaktowałam się długo. Bardzo bardzo długo. Nigdy wcześniej nie czułam tak dosadnie sensu słów "bo chodzi o to, by od siebie nie upaść za daleko".

Jutro odezwę się do kogoś, kto jeszcze nie zdążył, mam nadzieję, zbytnio się oddalić.

01:33, nybatteri1
Link Dodaj komentarz »
niedziela, 25 lutego 2007

Podróże to teraz temat przewodni.

Z całych sił próbuję odciąć się i wykonać drugi krok. Autostop, wakacje, tanie linie... możliwości jest wiele, wystarczy wybrać. W praktyce nie jest to dla mnie takie proste i oczywiste. Kiedy rozsiądziemy się na swoim bezpieczeństwie, jako takiej stabilizacji, ciężko jest się zebrać. Ciężko jest zaznaczyć na czystej mapie trasę podróży, mając świadomość, że dopełnią się plany i wszystkie zamiary, że to nie jest tylko kolejny krótkotrwały romans. Codziennie staram się ustalić, co stanowi główny problem, co powstrzymuje.

Podskórnie czuję potrzebę ponazywania tego wszystkiego, część jest już przecież jasna, ale niezwarbelizowana. Wydaje mi się, że najlepszym wyjściem byłoby zachowanie ciągłości - ciągłości w planach, w oglądaniu czyichś slajdów podróżniczych, w szukaniu połączeń, w rozmowach. Byłoby to trochę sztuczne, złudne, ale może pomogłoby w niewypadnięciu z obiegu. W podjęciu decyzji.

Jednego jestem pewna-jest jeszcze za wcześnie, aby było za późno na podjęcie jakiejkolwiek decyzji w tym temacie. W tym temacie bowiem nie zdążyłam nic powiedzieć, a mam ochotę krzyknąć sobie porządnie.

 

Mam w głowie grubą czerwoną krechę namalowaną przez mojego kolegę na jednej z map- Polska, Niemcy, Francja. Niemalże do samego wybrzeża i z powrotem-autostopem. Zero opłat.

Pomyślałam sobie-zabiorę jakieś inne boskie stworzenie, które będzie absorbować mnie w stopniu akuratnym i pojedziemy. Na początku tak do Niemiec, na rozgrzewkę. Krótki dystans, taki Berlin czy Poczdam. A jednak nadal czegoś mi tu brakuje.

Paulina jest na Ukrainie, Bartek planuje już następną wyprawę do Barcelony, Kamila i Judyta jadą do Francji, Anka do Stanów, Karol do Poczdamu. I nie chodzi o to, że ja chcę tak jak oni. Ja po prostu chcę. Niezależnie, naturalnie. Męczę się tutaj, denerwuję się. Im dłużej, tym bardziej. Czuję, że wkrótce nadejdzie ten moment, w którym nie będę już w stanie zmienić czegokolwiek. A jak powiedziałam-na to jest stanowczo za wcześnie. Nie tak ma się to zakończyć.

 

W ogóle jestem właśnie po powrocie z domu.

 

Moja mama patrzy na mnie dziwnie, kiedy wypowiadam się zdecydowanie o swojej przyszlosci, o pomysłach na nią. Chyba boi się, bo widzi, jak bardzo cenię sobie niezależność. Boi się, że będę sama.Phi.

 

Moja siostra była na rozmowie w sprawie pracy na Cyprze. Pojechałam także, żeby podtrzymać ją na duchu. I co zrobiłam? Namaściłam swoje angielskie CV w 5 minut, pożyczyłam koszulkę od pani w sekretariacie, włożyłam tam zdjęcie z portfela mojej siostry i weszłam tam potargana jak zwykle, w czarnym golfie i glanach...stwierdziłam, że chociaż sobie z nimi porozmawiam :) To było ładne. Uśmiali się ze mnie, bo zaczęłam przepraszać za samą formę i w ogóle taka nieogarnięta byłam. Cóż... nie miałam złudzeń, że mnie przyjmą, ale było miło. I było spontanicznie. Może i by mnie przyjęli, gdyby mogła wyjechać już w kwietniu. Ale wiadomo-Cypr to nie są moje klimaty. Powalczę o Lodową Ziemię.

 

Weekendowy pobyt w domu zdążył mnie zresztą zirytować i wymęczyć. Nie szanuje się tam mojej przestrzeni. Nie podoba mi się to, bo w miejscu, które było kiedyś jedynym punktem odniesienia, to akurat powinno być dostrzeżone i zaakceptowane. Nawet w czasie pisania ważnych rzeczy siostra przerywa i pieprzy coś o żółtych cieniach do powiek. I moje mruknięcie raz na pięć minut. Czy mam krzyknąć aby dać do zrozumienia, że nie chcę słuchać? Że więcej głasków (idąc za Bernem) nie dostanie?

 

Czy aby upomnieć się o czyjeś zrozumienie, ciepło, także powinnam krzyknąć? Czy, gdyby ona krzyknęła, chciałoby mi się zwrócić na to uwagę...?

23:52, nybatteri1
Link Dodaj komentarz »
czwartek, 22 lutego 2007

Chyba wreszcie nadszedł czas.

Ciąg dalszy kontaktu z Tomkiem. Ilekroć łączę się z nim, uświadamiam sobie, że trzeba o siebie dbać. Powinniśmy częściej przytulać siebie. Nikt inny za nas tego nie zrobi. Obowiązek niemalże. Musimy o sebie dbać,bo nikt za nas samych umierać nie będzie..powinniśmy rozwijać się, mieć przy sobie dobrych, ciepłych ludzi...starać się. Chyba czegoś tu nie umiem przekazać.

Rozmowa z Tomkiem uświadomiła mi kilka ważnych kwestii. Mocno się do siebie zbliżyłam i jestem Mu za to wdzięczna. Jest ważny i chyba nie zdaje sobie z tego sprawy, mimo że często o tym mówię. Chciałabym, żeby wiedział. Tomek to czarujący człowiek.

Kraków mnie zauroczył. Kraków to krok do przodu, pierwszy krok. Od jakiegoś czasu czuję niedosyt, niewygodę. Średnio się czuję-coś jak księżniczka na ziarnku grochu. Kraków miał być pierwszym punktem na drodze. Punktem przełamania, zastrzykiem nowości, chwilą odcięcia i doładowania baterii.

Przystanki mają tam ładniejsze i dworzec mają ładniejszy, i ulice mają ładniejsze, i w ogóle wszystko tam jest ładne. Nie znalazłam ani jednego pęknięcia. Ale to pierwszy krok. Pierwszy zazwyczaj jest nienaganny.Wzorcowy.

 

Marillion. Do dziś nie mogę w to uwierzyć...Poszłam do pracy jak zwykle, a tu schodzi Ania, Ania, która zazwyczaj patrzy na wszystkich z góry, Ania, która jest szczupła,ładna nawet i na wyższym stanowisku jest niż my. Więc schodzi ania z góry i mówi do mnie-"Ty lubisz Marillion,prawda? Kombinuj sobie zastępstwo na dziś, bo o 18:00 w Hybrydach jest spotkanie z zespołem i mamy wejściówki"!!! Dziwnie mi się zrobiło, chwila minęła aż się ucieszyłam prawdziwie. Steve'a Hogharta to ja słuchać ani oglądać nie chcę, ale Steve'a Rothery'ego to z chęcią. I poszłam. Poszłam na to spotkanie i nie mogłam uwierzyć.

Czasem ważniejszy jest sam fakt zaistnienia zdarzenia niż jego treść.

Takie to niezwykłe, że aż nieprzyzwoite. Zwłaszcza, że potem powrót i do 22:00 w pracy. A to już niedorzeczne wręcz.

Widziałam twarz. Przez sekundę, kiedy starałam się ominąć pełny obraz, oczy. Coś jakby powąchać obiad, ale go nie zjeść. Tak było. Sekunda. Niestety okazało się, że to jeszcze zbyt wiele. Jeszcze nie umiem patrzeć, na spokojnie spotykać się z tą twarzą. Było szybkie "cześć" co to nim żadnego punktu odniesienia odmalować nie można, ewentualnie rozczarowanie odczytać...

potem były uniki.

 

01:02, nybatteri1
Link Dodaj komentarz »
środa, 21 lutego 2007

Kilka moich zdjęć z grodu Kraka. Zamiast słów.

 

 

 

 

 

 

 

Jutro opiszę. Jutro opiszę, co się działo.

 

 

 

01:05, nybatteri1
Link Dodaj komentarz »
niedziela, 18 lutego 2007

I dobre jest to w moim blogu, że nie muszę się spieszyć. Mogę sobie składać powoli myśli w wyrazy. I nikt nie będzie się domagał, czekał, napraszał się i protestował.

A trochę się działo. Wreszcie.
Był Marilion, był Kraków, były zdjęcia i nowy wpis na pewnym blogu. I zdjęcie. Zdjęcie smutne było,ale było. A jutro może będzie twarz, ojej.

1 krok do przodu.I tym razem nie będzie kroku w tył,o!

22:33, nybatteri1
Link Dodaj komentarz »
środa, 14 lutego 2007

...smutek człowieczy.

Potrzebny był mi dziś bardzo ten ukruszony pod stopami śnieg. Masy nadwiślańskiego trzeszczącego śniegu. I chodziłam w tę i we w tę, i śpiewałam Stare Dobre, i byłam bardzo nieuważna. Uważnie rozglądałam się natomiast za tym, czego nie było. Ani śladu.

Generalnie cieszę się z tej mojej wyprawy nad Wisłę. Nie poprawiła ona mojego samopoczucia, ale nie taki był cel. No i zobaczyłam, że nie znalazłam tego, czego szukałam.

Wyprawa do Polskiego Radia to już inne emocje. Skoro Mahomet nie mógł przyjść do góry, góra przyszła do Mahometa. Ach ten zapach...
Przypomniały mi się Stare Dobre czasy, kiedy wychodziliśmy o świcie, a właściwie już po, z podpuchniętymi oczami i uśmiechem na ustach. Tym razem nie było ani tego, ani tego.Mam nadzieję, że Tomkowi spodobają się nagrania.

Kiedy wracalam do domu, przyglądał mi się jakiś chlopak. Na Placu, w autobusie. Siedziałam tam udając, że nie widzę (Boże pobłogosław czapki z daszkami i parasolki). Chyba chciał podejść. Wysiadłam pospiesznie, nie oglądając się za siebie.

A co się będę-jak mówiła Magda K.

02:19, nybatteri1
Link Dodaj komentarz »
wtorek, 13 lutego 2007

Właściwie cały czas zastanawiam się,po cóż to. Może właśnie po to. Wszędzie cicho i smętnie, taki Damien Rice, zimno, Islandia,wahanie. U mnie wszędzie kiedyś. Cały czas kiedyś, te kilka kiedyś wybrzmiałych chwil. Jutro pójdę na huśtawki. Jutro mam wolny dzień. Porobię zdjęcia i nawet będę się tym cieszyć. Jutro spotkam Tomka. Dam Tomkowi kasety z czasów, kiedy jeszcze miałam siłę nie spać po nocach. Tomek się ucieszy, jak zwykle Tomek będzie sprawiał wrażenie, jakbym była najważniejszą osobą. Tomek to jest taki ktoś, kto w czasie rozmowy daje Ci do zrozumienia w jakis tajemniczy sposob, że w tej chwili liczysz się tylko Ty, Twoje słowa, Twoje problemy. Takie ciepło ma w oczach i niewypowiedziany spokój ma. Tomek... Tomek jest gejem.

Na Islandię chce mi się skrajnie. Ludzie jeżdżą, opuszczają, powracają albo i nie. Ja z jakichś powodów jeszcze czekam.Ale zaczynam się uczyć języka i to mnie szczerze cieszy.O.

Ten wielce optymistyczny akcent zdziwił mnie nieco, postanowiłam więc słowo,by optymizm ten zamortyzować.

Idę prosto tam...

03:47, nybatteri1
Link Dodaj komentarz »
1 ... 16 , 17 , 18