zimno.
| < Czerwiec 2017 > |
Pn Wt Śr Cz Pt So N
      1 2 3 4
5 6 7 8 9 10 11
12 13 14 15 16 17 18
19 20 21 22 23 24 25
26 27 28 29 30    
Kategorie: Wszystkie | Czy wiesz,że... | Sporo czytam
RSS
piątek, 20 kwietnia 2012

Zbliża się wariacki weekend. A ja, siedząc teraz w fotelu, słuchając genialnego wykonania "Layli" z przedługą, przegenialną solówką, chowam się w tej chwili. W piątkowych blokach startowych, kiedy mam już za sobą całe bogactwo minionego tygodnia, przed sobą całą przyjemność nadchodzącego weekendu, a na razie nie muszę jeszcze robić nic.

Za chwilę więc przygotuję sobie jakiś superpachnący zabieg i porozmawiam chwilę z M., który jutro ma swój pierwszy warszawski bieg po medal. Włączę nowy odcinek ulubionego serialu, a potem przedostatni "Gry o tron". Książkę już skończyłam. Była świetna. Kolejna część czeka już przygotowana u J.

Mam też trzy nowe, mocne rzeczy na tapecie. "Dzienniki kołymskie", "Miedziankę. Historię znikania" oraz "Cmentarz w Pradze". Każdą z nich chciałam przeczytać już od momentu wydania. Teraz nadchodzi ich czas. Przy okazji będę testować Kindle'a, którego zabrałam z pracy. Szczerze mówiąc, pokochałam go już w pierwszych chwilach używania, gdy stałam na przystanku i czytanie książki w pełnym słońcu nie było żadnym problemem.

 

W głowie mam pomysły na majowy weekend. Pełne lasów i jezior Bory Tucholskie, rowery, całodniowe wyprawy, leżenie w mokrej trawie, swojskie jedzenie, świeża, obca pościel w obcym pokoju, może pierwsza w życiu jazda konno. Zdjęcia, dużo zdjęć. Zapalam się i za chwilę nie będę mogła przestać o tym myśleć.

niedziela, 15 kwietnia 2012

Kończę właśnie pierwszy tom i muszę przyznać wszystkim, którzy od dawna zachęcali mnie do tej lektury - to jest bardzo intrygująca książka. Fajnie napisana: lekko i z pomysłem. Nedda, Brana czy Aryii naprawdę nie da się nie lubić. Nazwy takie jak Winterfell czy Dothrakowie cieszą uszy, a sceny takie jak odnalezienie wilkorów, wędrówka Catelyn i Tyriona na Orle Gniazdo czy walka Snowa z duchem są pożywką dla wyobraźni. Nie można się z nimi rozstać. Wizję George'a Martina - o dziwo - świetnie uzupełnił serial. Aktorzy stopili się z tymi, które stworzyła moja wyobraźnia, znaczy że wybrano ich właściwie. Krótko mówiąc, wciągnęłam się. Oto moja lektura do autobusu. Oto kolejna odskocznia od stresów. Oto rzecz, która sprawia, że zapominam o bożym świecie. A tego mi teraz trzeba.

 

Pachnący olejek i ciemne drewno. Przyjemna muzyka z małego musicboksa, którego marki nie mogłam odczytać. I to tylko niewinny wstęp. Przywitała mnie ta młoda, piękna, promienna dziewczyna, której nie sposób było nie obdarzyć natychmiastowym uwielbieniem (była z tych ślicznych i sympatycznych, a nie ślicznych i zarozumiałych, obrażonych na cały świat). Mogłabym godzinami siedzieć i po prostu się na nią patrzeć. Poprosiła, abym najpierw wypełniła ankietę.  Pomyślałam - Bogu dzięki, jest tylko sekretarką, nie ona będzie się zajmować moją twarzą i nie ona zrobi obiecany masaż (masaż czego - nie wiedziałam - nie miałam odwagi zapytać).

To był mój drugi raz u kosmetyczki, ale i tak czułam się nieco dziwnie. Zawsze uważałam, że chodzą tam kobiety nieco innej klasy... Zabiegi, peelingi, masaże - moje znajome albo naprawdę tego nie robiły, albo po prostu o tym nie mówiły. Piękna, urocza pani wstała więc i zaprosiła mnie do pokoju. A jednak ona - spięłam się trochę, a jednocześnie ucieszyłam i odetchnęłam. Powiem tak - ta godzina z kawałkiem, które tam spędziłam, były jednymi z najprzyjemniejszych od dawna. Był to inny rodzaj relaksu, inny poziom. Ucisk skóry, zdecydowane ruchy, przyjemna muzyka, rozbrajające zapachy, ciepło na zmianę z zimnem i orzezwieniem, subtelne wibracje. Zapachy, zapachy! Urocza dziewczyna trochę mówiła, trochę milczała, a masaż twarzy (jednak twarzy), jaki zafundowała mi swoimi smukłymi, delikatnymi dłońmi, przebijał na głowę chwilę z najlepszymi lodami i ulubionym serialem.

W ten oto sposób, można powiedzieć, odkryłam kolejną sferę przyjemności. Wkroczyłam do świata (jak dotąd myślałam) zaanektowanego przez zupełnie obce mi kobiety, które z nudów spędzają czas w salonach kosmetycznych, zwierzając się ze swoich problemów i niespełnionych ambicji albo wręcz przeciwnie - w przerwie między jednym a drugim projektem wpadają na chwilę, by zetrzeć oznaki zmęczenia i stresu. Okazało się, że mogę się tu tak po prostu odprężyć, otoczyć miłą muzyką i miłymi zapachami. Zrelaksować, nie tworząc jednocześnie żadnych konstruktywnych działań, nie starając się zaspokoić czyjejś ambicji. Po prostu położyć, oddychać głęboko, czuć zapach, dotyk, miękkość skóry. Gdybym napisała - poczuć, jak to jest, być kobietą, przesadziłabym... dlatego nie napiszę. Ale pomyślę.

21:06, nybatteri1
Link Dodaj komentarz »
niedziela, 01 kwietnia 2012

W tym tygodniu, we śnie, w poniedziałek byłam uwięziona w jednym pokoju z wielką panterą, która skakała na mnie i podgryzała moje ręce, próbując mnie zaatakować i zabić. Później znalazła się na balkonie, na czwartym piętrze mojego bloku, i aby zademonstrować swą siłę, skoczyła w dół, pewnie odbiła się od ziemi i wróciła z powrotem na balustradę. Stałam, nie mogąc wykonać żadnego ruchu. We wtorek kupowaliśmy seksi bieliznę dla J., która potem zaszła w ciążę, a jeszcze potem urodziła martwe dziecko. Na szczęście nie widziałam ciała. W czwartek trochę odetchnęłam, gdyż przyśniła mi się doskonale znana wersja labiryntu, w którym zabłądziłam - labiryntu będącego jednocześnie siedzibą Polskiego Radia i budynkiem, w którym pracuję (wolałabym jednak, żeby radiowy motyw powracał do mnie w inny sposób). W piątek byłam na pogrzebie kogoś z rodziny i kilku mężczyzn w dresach goniło mnie, bo nie spodobało im się, jak wyglądam. Środy nie pamiętam. Tak ostatnio wyglądają moje sny. Strach stał się nieproszonym, lecz wiernym kumplem. Boję się nadejścia tej wiosny i weekendów, które oznaczają dla mnie jedno - magisterka... lub jej brak. Boję się pracy, swoich wyhamowywanych, uciszanych emocji i tego, jak bardzo uderzają we mnie, pełną parą, bez cenzury. Boję się tego, że nie mam żadnej odskoczni, ale też żadnej odskoczni nie szukam. Po prostu lawiruję, czekam, wygaszam potrzeby lub bodźce (w zależności od tego, co łatwiejsze).

Gdy przyjaciółka dziwi się, że nie mam energii, opowiada o kolejnych projektach, którymi się zajmuje, wyobrażam sobie, jak o 18:00 wracam z pracy, idę pobiegać, a potem - w poniedziałek spotykam się z przyjaciółmi, we wtorek idę na warsztaty biżuterii, w środę idę na basen, w czwartek znów widzę się z ludźmi, w piątek wyciągam gdzieś M. W weekend proponuję jakąś zajebistą wycieczkę za miasto, znajduję czas na magisterkę i poczytanie książek. A potem z radością rozpoczynam następny tydzień. No tak.

A potem zasypiam i znowu jest tak samo.

wtorek, 27 marca 2012

Wracam do domu. Zostawiam za sobą szefa, którego chyba nigdy nie polubię, kumpelę, która wylądowała dziś w szpitalu, i miniszefową, która z dzisiejszą wścieklizną za wszelką cenę próbowała udowodnić, że jest mądrzejsza, niż jest. Tak bywa w tym świecie. Ostatni będą pierwszymi. Lubię tak o tym myśleć.

Siedzę w fotelu i zanurzam w kubku torebkę od herbaty. Mieszam w lewo, w prawo. Przez chwilę czuję się jak bohater "Dnia świra". Tyle że ja, dla odmiany, rozkoszuję się tą chwilą. Patrzę, jak ciemnieje, rozmywa się, rozpływa. Czas ucieka, a ja nic nie robię. Tylko siedzę. Nic więcej.

W radiu mówią o surfingu, słonecznych plażach w Portugalii, łapaniu fali.

niedziela, 25 marca 2012

Biorę łyk herbaty. I oddech. Na łóżku leżą ciuchy, a właściwie ubrania, kupione przed chwilą. Potrzeba odreagowania złości była silna, jak wielka była złość, tak więc nie wystarczyły ani duże okulary, ani śliczna bluzka. Ani dwie, ani trzy... Ile kosztowały, wolę na razie nie myśleć. Plus jest jeden - wiosnę przywitam nieco odświeżona, w kropkach, z modnym w sezonie kolorem mięty, z uroczym napisem "I love catrioshka". Z różową szminką na ustach.

Coś się nam dzisiaj stało. Można by to nazwać niewyspaniem, zmianą czasu, porannym rozdrażnieniem. Nie bez powodu o tym piszę, czas odgrywał tu akurat bardzo ważną rolę. Tata M. biegł dziś w półmaratonie. Chcieliśmy przyjść pokrzyczeć sprośne hasła, przybić piątkę, zrobić kilka zdjęć. Nocy było mniej, a do pózna oglądaliśmy rewelacyjny film ("Extremely loud and incredibly close"). Ledwo zwlokłam się z łóżka. Gdy jedną ręką myłam zęby, drugą wiązałam włosy, a trzecią - tak, trzecią - ubierałam się, M. nerwowo zerkał na zegarek. "Boję się, że nie zdążymy". Nie chciało mi się obracać tego w żart. Rozumieć. Puściłam adrenalinę i swoją złość, no i się zaczęło.

To był dzień, kiedy wykonałam pierwszą w życiu ewakuację. Pierwszą w życiu. Nawet zostawiłam kartkę, że idę. Bez kartki chyba bym się nie odważyła. W takie dni, gdy każde spojrzenie jest niepewne, w głosie słyszy się drżenie, a na myśl o przytuleniu miesza się ze sobą potrzeba i strach, jeszcze mocniej czuję, jak bardzo kocham tego człowieka. Jak bardzo brakuje mi tego, żeby już było dobrze, normalnie, wesoło, jak zawsze.

PS. Ale zakupy i tak będę wspominać wieki wieków, nigdy nie były tak szybkie i tak owocne!

niedziela, 11 marca 2012

Rezonuje mi. Zlewa się z innym tematem. I tak jest najgorzej, bo nie mogę ocenić obiektywnie. Ale w sumie nie jestem krytykiem literackim, a ten blog nie jest profesjonalną przestrzenią recenzencką, aby w ogóle się tym przejmować.


„Uwikłanie” trafiło w moje ręce w specyficznym momencie. Właśnie wtedy, gdy na spotkaniu M. próbuje odnaleźć połączenia między różnymi kawałkami, przypominają mi się fragmenty tej książki. O tym, że wina nigdy nie znika z systemu, jeśli nie jest przepracowana przez właściwą osobę. Że zazwyczaj biorą ją na siebie dzieci, przedstawiciele kolejnego pokolenia. Że w ustawieniu dobry i zły znaczą zazwyczaj coś zupełnie przeciwnego. Że gdy wszyscy ustawieni wpatrują się w jeden punkt, brakuje kogoś, kto powinien zająć to miejsce. Że w systemie wszyscy dążą do zgody i ostatecznego przywrócenia porządku, że szczęście w systemie to stanięcie obok siebie w jednym półokręgu. Słucham M., gdy zadaje mi swoje przemyślane, mądre pytania, gdy z godną podziwu szybkością rozpracowuje tę gmatwaninę i myślę wtedy o tym, gdzie mnie to doprowadzi. Ile pozwoli poskładać, a ile z powrotem wygrzebać i na nowo przemielić. Przypominam sobie prokuratora Szackiego i terapeutę Rudzkiego, wikłających się w kolejne niedomówienia i kłamstwa. I gdy M. mówi mi, że będzie mnie to dużo kosztować, ale bardzo dużo zyskam, a jednocześnie całkowicie powstrzymuje się od popchnięcia mnie do przodu i zdecydowania za mnie, nie mogę powstrzymać zarówno zaciekawienia, jak i strachu.


Książka była inspirująca. To już wiadomo. Napisana językiem, którego właściwie nie zauważałam, który nie zatrzymywał, nie przeszkadzał, nie psuł przyjemności. Napisana zabawnie i poważnie. Miłoszewski wykorzystał temat, który aż się prosił o literackie rozwinięcie. Zabójstwo jednego z uczestników terapii ustawień i śledztwo, w którym głównymi podejrzanymi są inni jej członkowie, to właściwie samopiszący się bestseller. Świetny jest komisarz, który to śledztwo prowadzi, i świetne są pułapki, w które razem z nim wpadamy. Brawa należą się też pisarzowi, który zagłębił się w szczegóły psychologicznej teorii i opowiedział ludziom nie tylko swoją historię, ale też kontrowersyjną metodę leczenia, wprowadzoną przez Berta Hellingera. Bogu dzięki, istnieją dobrze napisane, ciekawe, polskie kryminały.


niedziela, 04 marca 2012

Biegnę pierwsze. Wyczuwam ziemię, intensywność wiatru i temperaturę. Trochę chłodno, znaczy że na potem w sam raz. Wyczuwam wiązania sznurówek. Trzymają, nie będzie trzeba ich poprawiać. Bez sensu się schylać, przerywać. Zerkam na zegarek. Tętno wzrasta. Pierwsze kółko jest bardzo ważne. Może najważniejsze. Nastraja na resztę czasu. Jeśli idzie dobrze, będzie z górki, znaczy po prostu przyjemnie. Mija mnie autobus. Ludzie siedzą w ciepłych czapach i patrzą. Zegarek wybija czas...dwie i pół minuty, trzy minuty. Trzeba przystopować, żeby potem wytrzymać dłużej. Nie ma sensu się nadwerężać, w końcu nie o to tu chodzi. Zwalniam, zegarek potwierdza. Zaraz potem słyszę "pik", znak, że tętno maleje, serce łapie powietrze, a mięśnie pracują z optymalną szybkością. Mogłabym tak dłużej, ale nie czułabym zmęczenia. A przecież chcę się zmęczyć, czuć, że działam, a nie leżę na kanapie. Dziwnie by było tak wyjść pobiegać i przemaszerować, nawet szybko, całą trasę. Nie pozwala mi na to moja ambicja, więc szykuję się do dalszej części. Słyszę "pik pik", znaczy że serce już zwiększyło obroty, skubane. Pani wyszła z psem na spacer, przez chwilą leci za mną i szczeka. Nie pani, pies. Jakby chciał obwieścić, że na dzielni tylko on ma do tego prawo. Biegnę. Na razie się nie męczę. Zdziwiona kończę pierwszy kilometr. Tylko jedno zatrzymanie. Jedna przerwa. Czyli że przebiegłam pół kilometra bez zatrzymania? Przecież jeszcze dwa tygodnie temu ledwo co ruszałam z miejsca. Czas mam dobry, zmęczona nie jestem. Biegnę dalej, na drugą rundę. Niesie mnie satysfakcja. Może to już te legendarne endorfiny? Czy pózniej?...w sumie nieważne, fajnie, że działa. Starsza pani z pieskiem (dużo ich tutaj) idzie i uśmiecha się tajemniczo. Pan na górze podszedł do okna i udaje, że go nie ma. Młody chłopak idzie z naprzeciwka i lustruje mnie spojrzeniem. No bez przesady, to nie jest aż tak dziwne. Mój ukochany pies, seter irlandzki, na spacerze. Biegnie jak ja, tyle że za piłką. Jakby się zastanowić, i ja za nią biegnę, tyle że tkwi ona w mojej głowie, wirtualnie. Drugie jest właściwie powtórzeniem pierwszego. Tyle że satysfakcja większa, a ja myślę już o następnym. Jak rozłożyć siły i co sobie zaplanować - następne może lżejsze, a pózniej do oporu? Albo - następne znów wedle planu, pózniej całe z tętnem 160, a pózniej mocny finisz. A może do końca spokojnie i konsekwentnie, tak jak na początku. Może na szybkość, a może na dystans, czyli że dodatkowe kółko (może to już dziś?). Dużo mogę zrobić w trakcie tej godziny. Może zaraz będzie godzina:dwadzieścia.

Wiosna idzie i skłamałabym, mówiąc, że nie ma to znaczenia. Wchodzę sobie na wagę i coś tam sprawdzam. Ale zdecydowanie bardziej wkręca mnie to tętno, ten dystans, ta średnia prędkość. To, że gdy M. z uśmiechem na ustach wspomniał coś o zawodach, w których może kiedyś chciałabym pobiec, od razu storpedowałam jego pomysł przeciągłym "kto? jaa? proszę Cię". A w głowie została mi kusząca wizja, że daję radę.

Ale nawet. Pieprzyć te zawody. Najfajniejsze jest to zdziwienie, gdy udaje się przebiec połowę,podczas gdy kiedyś udawało się przebiec 1/10. A zaraz będzie całość. A potem dwie całości,i trzy. I naprawdę nie mogę się doczekać.


niedziela, 26 lutego 2012

Miniony tydzień był, za przeproszeniem, jak dziwka. Minął pod znakiem filmów przekładanych na następny dzień, myśli „o kurwa, zaraz znowu do pracy” i „o kurwa, znowu nie zrobiłam tego, co planowałam”. Czwartkowa histeria na temat placków z jabłkami, które nie wyszły tak jak miały wyjść, była wyłącznie wynikiem zmęczenia, niewyspania, zbyt dużej presji. Godzinę zalewałam łzami polarowy kołnierz, który uginał się od smutku i przejęcia. Bo miał to być pierwszy wolny wieczór w tygodniu, a ja wymyśliłam coś, co jednak nie wyszło, i w dodatku wszystko popsuło. Potem przyszedł weekend, ten który właśnie trwa, i huśtawka wreszcie się uspokoiła. Dynda sobie delikatnie, to w górę, to w dół.


W południe poszliśmy biegać. Nie ma to jak motywacja w postaci osoby, której domeną jest bycie konsekwentnym. Strasznie mi to imponuje. M wyciągnął mnie więc i mimo że tym razem czułam się średnio, zrobiłam jedno kółko więcej. Nie muszę mówić, że jego podziw od razu wynagrodził mi zmęczenie. Dziś zapragnęłam mieć... pulsometr. (Właściwie już się zdecydowałam, muszę tylko uciszyć wyrzuty sumienia, miałam przecież oszczędzać na wakacje). Ma stoper, mierzy czasy okrążeń, puls i spalane kalorie, a przede wszystkim określa strefy wysiłku i pokazuje, w której z nich znajduje się obecnie mój organizm. Jest to fajna lekcja dla początkującego biegacza niesionego dumą i ambicją. Obiektywnie stwierdza: „teraz musisz zwolnić, jeśli chcesz spalić więcej kalorii i dłużej wytrzymać na bieżni”. Już teraz czuję ten dreszczyk emocji. Czuję przyjemność wyzwania stawianego sobie, przyjemność walki z własnym „nie chce mi się”, „jestem na to za słaba”, „na pewno mi się nie uda”. Czuję też, jak bardzo potrzebuję takich małych iskierek, które pomagają mi zobaczyć sens tam, gdzie inni po prostu go widzą.

Byłam w kinie na „Artyście”. Dla mnie porywający i bardzo pomysłowy. Świetnie nakręcony, świetnie wymyślony i genialnie zagrany. Pomysł, żeby opowiedzieć o rewolucji w kinie i wprowadzeniu doń dźwięku za pomocą środków wyrazu kina niemego, poprzez historię jego legendarnego aktora, był w 100% trafiony. Moim zdaniem spokojnie mógłby dostać Oscara. Tak jak Jean Dujardin (pierwszoplanowy aktor).


Poza tym na biurku najbliżej mnie leżą teraz cztery książki: „Dziennik taty” Tomasza Kwaśniewskiego, „O pięknie” Zadie Smith, „Uwikłanie” Zygmunta Miłoszewskiego i „Gra o tron” George’a R. R. Martina. Cóż, bywam zmienna i potrzebuję wielu wrażeń, z różnych rejestrów. Słowo więcej na temat lektury numer jeden. Redaktor, którego wieczorami słucham w radiu, zawarł w tej książce tyle szczerych emocji. Konfrontuje się z małą nieprzewidywalną istotką, która staje się jego dzieckiem, i jest w tym tak wiele frustracji dorosłego człowieka, tyle wdzięczności, miłości, bezradności i złości. Ten pamiętnik to bardzo fajna rzecz, uświadamia mi, jak bardzo ciążę i rodzicielstwo może przeżywać świadomy ojciec, któremu zależy. Jak bardzo nieperfekcyjne może ono być i jak dalekie od ideału.

 

  

poniedziałek, 20 lutego 2012

No i ruszyło. Pani wykazała się ogromnym profesjonalizmem i, co więcej, dużą intuicją. Nie znała mnie, więc nie brała za pewnik wszystkiego, co mówię. Nie przyjmowała dobrotliwie moich słów jak bliscy, znajomi ludzie, rozumiejąc, dlaczego je wypowiadam, skąd wynikają i co tak naprawdę mam na myśli. Była zdystansowana, co mi też dawało dystans. Kontrowała uczucia faktami, trzymając się rzeczywistości, i tym samym zmuszając do wysiłku. Czułam, jak wiele energii wymaga ode mnie wyjście z kręgu moich uczuć i stanięcie z boku. Jak trudno odpowiedzieć na pytania, opierając się na tym, co jest, a nie na tym, co mi się wydaje. W skrócie: było to dokładnie to, czego się spodziewałam i dokładnie to, za co chętnie zapłacę kasę, którą mogłabym na przykład wydać na dobre słuchawki czy fajny ciuch. Warto.

Pani zostawiła mi też proste, bardzo odkrywcze pytanie, które było leitmotivem tego tygodnia i motywowało zauważalną zmianę - czy szanujesz swojego szefa i, jeśli nie, czy mogłabyś zacząć go szanować?

niedziela, 12 lutego 2012

"Jesteś jedną z dwóch osób na świecie, przy których boję się tego, że mogę powiedzieć coś niewłaściwego" - tym wyznaniem zaskoczył mnie ostatnio dość rzadko spotykany, ale bliski, dobrze oswojony człowiek. Zdziwiona stwierdzeniem, przypomniałam sobie słowa Zbyszka. On też powiedział mi kiedyś coś podobnego. Innymi słowami. Mówił, że jestem jak dziecko, wrażliwe, delikatne i kruche. Jako dojrzały facet wyczuwał pewien rytm we mnie, który nakazywał mu uważać na słowa, być wyjątkowo wyczulonym na to, aby w pewien sposób mnie nie zranić.

Aby ochronić tę swoją dziwną wrażliwość, która w społecznych grach zazwyczaj przegrywa z asertywnością, przekrzyczaną przebojowością i (skądinąd potrzebną w dzisiejszych realiach) umiejętnością wejścia w relację z każdym nowo poznanym człowiekiem, po raz kolejny zwrócę się o pomoc do kogoś. Umówiłam się na wtorek, na spotkanie z kobietą. "Może jej wrażliwość zarezonuje z Twoją".

Możliwe, że z pewnymi typami ludzi się nie dogadam. Możliwe, że z człowiekiem, który traktuje swą żonę jak kucharkę i sprzątaczkę, a w pracy obgaduje wszystkich za ich plecami nie znajdę wspólnego języka. Ale może chociaż znajdę sposób na to, aby ochronić siebie i nie przeżywać każdego spojrzenia, każdego gwałtownego ruchu, każdego przekleństwa...

 

sobota, 04 lutego 2012

Koleżanka z pracy (ok. 50-letnia mama absolwentki warszawskiej ASP szukającej zatrudnienia) rozmawiała ostatnio po cichu z moim szefem. Jej córka jest obecnie na praktykach w znanej gazecie, jednak warunki ma tam nie najlepsze. W wielkim skrócie - poznaje, co znaczy słowo mobbing. Moja koleżanka zapytała więc D., czy mógłby zadziałać w jej sprawie w naszej korpo, popytać, wykorzystać swoje kontakty. Ot, załatwianie pracy przez znajomości. "A komu ma pomagać, jeśli nie własnej córce?". Córka przyjechała w zeszłym tygodniu na rozmowę. Powiedzieli jej, że mają wolne stanowisko i chcą kogoś młodego, kogo będą mogli nauczyć. Mogą zaoferować jej normalną pracę, normalną umowę, ale najpierw sprawdzą, co potrafi(warunki finansowe oczywiście o połowę mniejsze niż osoby, która właśnie została zwolniona, ale chyba jej to nie przeszkadza, bo i tak utrzymują ją rodzice). Będzie miała dużo możliwości, żeby się wykazać.

Zaoszczędzę tej opowieści wstępu "z jednej strony cieszę się...". Wkurzam się, właściwie nawet wkurwiam, że ona ma tak łatwo... a ja nie mam. Że na kilkumiesięcznych praktykach przeżywała to, co ja przeżywam właściwie od ponad półtora roku, a zaraz potem tak zwana fala popchnęła ją dalej, w potencjalnie fajne miejsce, bez żadnego wysiłku z jej strony. Nie był to ani szczęśliwy przypadek, ani nie była to jej inicjatywa, ktoś po prostu zadecydował za nią. Wziął to, czym ona powinna się w takiej sytuacji wykazać, i coś jej gdzieś załatwił.

Włącza mi się syndrom porzuconej księżniczki, która zawsze przypominała raczej pracowitego, lecz wykorzystywanego kopciucha niż przebojową spryciulę z niewiarygodnym szczęściem. Całą ambicję i honor zostawiam za drzwiami i myślę - też już bym chciała tak mieć, chociaż teraz, pierwszy i ostatni raz. Tyle razy brałam odpowiedzialność, tyle razy sama walczyłam o swoje, nigdy nie skorzystałam z żadnego kontaktu przy zdobywaniu pracy, zawsze grzecznie chodziłam na rozmowy, przechodziłam testy kompetencji, testy psychologiczne. W pracy przykładam się jak mało kto, angażuję, rozwijam. Dostałabym za to wszystko pieprzoną szóstkę z moralności. Ale teraz ja chciałabym, żeby jakaś fala porwała mnie, zabrała moją odpowiedzialność, moją inicjatywę, i cudownie przeniosła mnie w inne, lepsze miejsce.

Bo jest jeszcze jedna strona tej historii. Miejsce, w którym jestem teraz, śni mi się co noc. Co noc uciekam przed kimś, bo ktoś chce mnie zabić. Co noc śnią mi się moi szefowie, nasz pokój, nasze rozmowy, nasze spotkania. Wracam do domu i płaczę, bo mój szef po raz kolejny powiedział coś, co wewnętrznie godzi w mój system wartości. Bo ktoś wymyślił coś, co ma upodobnić nas do ludzi w fabryce. Codziennie przeglądam portale z ofertami pracy i codziennie zostaję z niczym. A potem zasypiam, aby zetknąć się z makabryczną wersją mojej codzienności. I zastanawiam się, jak długo tak wytrzymam i co będzie pierwsze. Czy sama wezmę odpowiedzialność, czy znajdę okazję, aby to zrobić, czy może jednak książę na białym koniu wybawi mnie z opresji i znajdzie dla mnie moją Nibylandię?

niedziela, 29 stycznia 2012

Wkurwia mnie ta niedziela. Wszystko mi nie pasuje. Przeraźliwie suche ręce. Ból w krzyżu, gdy wreszcie zbieram się do odkurzania. Przesuwanie wszystkiego na później i nieumiejętność zdecydowania się na jedną rzecz. Obgryzione paznokcie i - oczywiście - obskrobany lakier. Perspektywa prasowania. Znowu ból w krzyżu, jakbym była pieprzoną 80-latką. To, że podłoga nie wysycha od razu po jej umyciu. Praca magisterska, którą powinnam pisać. To, że nie potrafię się zmobilizować, aby zaproponować M. coś fajnego do robienia. Brak filmu, który chciałabym obejrzeć. Ból brzucha. Książka, która nie wciąga tak, jak miała wciągać. Napięcie. Perspektywa jutrzejszego poniedziałku i powrotu sierżanta. Brak czekolady z orzechami, ba, brak piekarnika, w którym upiekłabym pyszne korzenne babeczki. Wisiorek, który nie wyszedł tak, jak miał wyjść. Wisiorek, który wyszedł ładniejszy, zanim go nieodwracalnie nie przyciemniłam. Senność. Umykająca koncentracja. Wyrzuty sumienia. Słońce, z którego nie mogę skorzystać z powodu choroby. Judyta, której nie ma na Gmailu. Chęć, która gaśnie, gdy tylko przechodzę do jej realizacji. Łatwość, z jaką zgadzam się na wspólny seans z M., po tym jak wraca do domu.

Bagienko. Słodkie bagienko umęczenia. Błogosławieni ci, którzy nie dają się w nie wciągnąć.

Tagi: dom
20:19, nybatteri1
Link Dodaj komentarz »
niedziela, 22 stycznia 2012

Ciągle o tym myślę. Czy w czasie studiów mogłam lepiej wykorzystać swój czas? Czy mogłam zapisać się na intensywny kurs drugiego języka, aby teraz śmigać nie tylko po angielsku? Czy mogłam, ba, zapisać się na drugie studia, aby teraz mieć większe możliwości na rynku pracy? Może psychologia, może socjologia, może jakieś tłumaczenia? Czy powinnam popracować intensywniej nad sobą, pogłębiać swoje umiejętności interpersonalne, chodzić na warsztaty asertywności, otwartości, komunikatywności, zarządzania stresem i czasem? Może powinnam zrobić te wszystkie kursy, te wszystkie stopnie, te wszystkie studia, żeby mój szef mnie wreszcie docenił? (It's so fucking DDA) A może problem nie tkwi we mnie...

W końcu ostatnio coraz częściej przekonuję się, że ulubioną pracownicą mojego szefa nie jest ta, która najwięcej pracuje i robi podyplomowe studia kierunkowe. Nie jest też osoba, która studia dawno już skończyła, a teraz notorycznie pracuje po godzinach i w weekendy. On upodobał sobie osóbkę z dyplomem kursu wizażu, która po prostu...jest bardzo przyjemna w obyciu, energiczna, skora do żartów i obgadywania szefowej za jej plecami.

Czy jest coś nie tak z moim szefem, czy ze mną? A może to jest właśnie lekcja, którą teraz odbieram od życia? Że w korporacji wcale nie liczą się studia, wiedza i zaangażowanie, tylko układność i szeroko rozumiana umiejętność dopasowania się? Może wystarczy robić dobrze szefowi, aby daleko zajść?

Co dzisiaj zrobiłam, aby zmienić swoją sytuację? Nic. A więc zasiadam do magisterki. Zamykam listę skarg i zażaleń.



1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 18