zimno.
| < Czerwiec 2017 > |
Pn Wt Śr Cz Pt So N
      1 2 3 4
5 6 7 8 9 10 11
12 13 14 15 16 17 18
19 20 21 22 23 24 25
26 27 28 29 30    
Kategorie: Wszystkie | Czy wiesz,że... | Sporo czytam
RSS
niedziela, 15 stycznia 2012

Mój facet pracuje w tak zwanej rodzinnej firmie. Liczy ona ok. 11 osób: w tym siedmiu doświadczonych menedżerów łącznie z głównym prezesem (ojciec rodziny) oraz cztery tzw. młode osoby (w tym dwie córki prezesa, mój M. i jego kolega na tym samym stanowisku). Kolacja, którą zorganizowali, była więc niemalże spotkaniem rodziny D., gdy przy stole zasiedli ojciec z żoną, ich córki ze swoimi mężami oraz - w celu integracji - współpracownicy zaangażowani w funkcjonowanie ich biznesowej perełki. Spotkanie wzburzyło mój i tak mocno nadwerężony, podupadły światek.

M. opowiadał o tych ludziach jak o niezwykle doświadczonych, zaradnych osobach, które trzęsą firmą. Moja - być może ograniczona głowa - stworzyła więc obraz m.in. dojrzałych kobiet w okolicach 30-tki, poważnych, statecznych, zasadniczych. Mówił o nich z szacunkiem "pani Ania", "pani Katarzyna", co dodatkowo potęgowało efekt. Gdy weszliśmy do knajpy, zobaczyłam dwie młode dziewczyny, które przypominały zwykłe studentki, takie o, gówniary z ławki obok, które na studiach prosiły mnie o skserowanie notatek. Dziewczyny, które - w miejscach, które znam - traktowane byłyby jak nikt wyjątkowy. Jak nikt. Takie, które w moich kręgach zawsze miały problemy z poczuciem własnej wartości, asertywnością czy przebojowością. Takie, z którymi zasiadałam i nawzajem pocieszałyśmy się, narzekałyśmy na szaloną matkę lub nienormalnego szefa. Dość szybko poczułam pierwszy zgrzyt, który związał mi gardło.

Ich ojciec z sukcesem prowadzi własny biznes, a one - wymuskane, ukochane – miały jego wsparcie i pomoc we wkraczaniu na rynek pracy. Tak one, jak i ich świeżo upieczeni mężowie działają w sektorze zarządzania, w HR, w administracji, w branży menedżerskiej - nikt nie świadczy usług dla kogoś. Jak same stwierdziły - wyssały to z mlekiem matki. Następnego dnia - nie wiem, po co mi to było - wyszukałam je w internecie. Byłam ciekawa ich luzackich zdjęć z wakacji, polubionych stron, nieoficjalnych wypowiedzi. Obie miały profile na popularnych serwisach biznesowych. CV pełne najróżniejszych kursów, dwa kierunku superstudiów na najlepszych uczelniach w kraju. Naprawdę zrobiło to na mnie wrażenie. OK, może w takiej rodzinie musiały być idealne, wiecznie najlepsze w klasie, myślące o swojej przyszłości, może ich ojciec nie miał dla nich czasu, a matka oczekiwała samych piątek. Nie wiem.

Ale zaczęłam zazdrościć. Bo może jednak miały w życiu łatwiej. Bo chciało im się chodzić na kursy. Bo skończyły swoje studia. Bo mają się czym pochwalić i gdy patrzy się na ich CV, myśli się "ta osoba wie, czego chce". Bo mają rodzinę, która stoi za nimi murem. Bo nie musiały same szukać pracy i wyrywać sobie jak ja etatu (którego i tak nie dostałam), podwyżki... Być może nie dogadują się z ojcem i wiecznie ze sobą rywalizują, a żona prezesa tęskni, gdy ten nieustannie podróżuje po Polsce i zagranicy. Nie wiem.

Pojawiły mi się w głowie dwa kompletnie różne wątki.

Czy te kursy tak naprawdę świadczą o człowieku... że jest ambitny, mądry, skoncentrowany na karierze i wartościowy? Czy - idąc dalej tą ścieżką - ten, kto nie może się nimi wykazać, a nawet nie skończył studiów - jest mniej ambitny, mniej wartościowy? Przecież M. też nie skończył szkoły, a szef wyznał mu ostatnio, że niedługo będzie jednym z najlepszych...

No i...jakie były tak naprawdę te dziewczyny? Nie wiem. Ciężko mi powiedzieć, bo moje uprzedzenie, moja utajona zazdrość, moje family issues nie pozwoliły mi tego dostrzec. Kompleksy są najgorszym wrogiem wszystkiego, co przychodzi do nas z zewnątrz.



piątek, 13 stycznia 2012

Czuję niemoc. Kompletną. Wracam do domu i wszystko, do czego usiadłabym z dziką radością w słoneczne południe, mam ochotę rzucić na rzecz spokojnego, głębokiego jak noc snu. Chodzę jak mały naburmuszony kamikadze, któremu zabrano bojowy samolot.

Aktywność ograniczam do minimum. Co prawda wróciłam na basen, ale na czwartkową siłownię już nie udało mi się dotrzeć - trzy dni tygodnia to już za dużo, by w normalnym trybie wszystkiemu podołać. W środę ustają moje dobre chęci, zaangażowanie, dobra energia, która pamięta jeszcze miły weekend. Do piątku docieram siłą rozpędu.

Z. wie, co pochłania moją energię. Opisywane przeze mnie sytuacje wprost określa mobbingiem. Zachęca do wzięcia udziału w ustawieniu. Mówi, że jest tam coś jeszcze.

Gdy mam taki nastrój i marzę o spokoju, szef mojego faceta organizuje spotkanie z pracownikami i ich połówkami. Znaczy między innymi ze mną. W piątek o 20:00. Po całym tygodniu pracy. Wiele dobrego o nim słyszałam. Jest jak dobry ojciec, który przygarnia do siebie kolejne dzieci. Dlatego fajnie byłoby mieć inną kondycję. Inne nastawienie i inną energię. Gdy już nie będę musiała stwarzać dobrego wrażenia energicznej, seksownej, elokwentnej młodej kobiety (bo tak w skrócie można opisać ideał, do którego dążę) walnę się na łóżko i nie wstanę do południa dnia następnego. Jeszcze tylko jeden dzień, jeszcze jeden.

Nowy Houellebecq mnie rozczarował. Tyle szumu pojawiło się wokół tej książki. Wszyscy drżeli, gdy pisarz - który w powieści umieszcza, a potem uśmierca samego siebie - nie pojawił się na jednym ze spotkań autorskich. Styrany życiem, wiecznie zabiegany poczciwina, po prostu zapomniał. Podobnie było z tą książką - miało być wielkie wow, a zostało tylko krótkie wzruszenie ramionami.

Oczywiście były wątki, które mi się w niej podobały. Był specyficzny dla H. nastrój smutku, samotności, rezygnacji, który chętnie witam z każdą kolejną książką autora. Był ciekawy pomysł na karierę artystyczną Jeda, malarza-fotografa, najciekawszą moim zdaniem u kresu jego życia. Niestety wątek kryminalny, zawiązany na ok. 230 stronie, strasznie pobieżny i nieadekwatny do reszty fabuły (tak w opisie, jak i rozwiązaniu) wszystko popsuł. Nie rozumiem, po co Houellebecq go wprowadził, naprawdę. Diagnoza współczesnego środowiska artystycznego Francji też niespecjalnie mnie uwiodła. Ot, nazwiska znanych we Francji osób, zestawione ze sobą. Właściwie tyle mam do powiedzenia na temat tej książki. Cieszę się, że przeczytałam, ale raczej nieprędko do niej wrócę.

No i żeby aż Nagroda Goncourtów?

 

piątek, 06 stycznia 2012

Ostatnio dowiedziałam się, że mój pracodawca na swojej pierwszej ocenie pracowniczej został opisany tak:nieprofesjonalny, agresywny, krzyczy na współpracowników. Powiedziała nam to koleżanka, której pokazał ostatnio ten dokument, śmiejąc się przy tym w głos.

Byliśmy przy obiedzie. Jego nie było, ale wszyscy razem wybuchnęli śmiechem i jeden przez drugiego przekrzykiwali "jak to, D. agresywny?". Nie odezwałam się, ale w głębi duszy ulżyło mi, że ktokolwiek inny poza mną to zauważył. Zauważył i nie bał się tego powiedzieć wprost. W sumie nie wiem, czy śmiech moich kolegów był oznaką zdziwienia, czy poddenerwowania i niepewności.
Bo gdy potem wróciliśmy do wspólnego pokoju, a D. komenderował nami, wrzeszcząc i przeklinając na czym świat stoi, śmieli się jakoś mniej wylewnie niż zwykle. Może po raz pierwszy, zamiast bezmyślnie godzić się na jego standardy, pomyśleli o swoich własnych?

Tagi: praca szef
21:59, nybatteri1
Link Dodaj komentarz »
sobota, 31 grudnia 2011

Przyszedł do nas przed świętami pan Tadeusz. Wywiercić jakąś dziurę w podłodze i poprowadzić na dół kabel od telefonu. Ponieważ jest strasznie miłym, wiecznie uśmiechniętym mężczyzną przed pięćdziesiątką, zapytałam, czy dużo energii kosztowało go doprowadzenie tego poddasza do takiego stanu, w jakim teraz jest. Nieświadoma niczego zadałam to pytanie, bo zaraz potem zostaliśmy wciągnięci w opowieść o zwariowanym dzieciństwie na poddaszu, o sąsiadach i pamiątkowych cyprysach posadzonych w ogrodzie na cześć synów pani z dołu (z których jeden zginął w katastrofie smoleńskiej). Strasznie to było sympatyczne, trochę nawet świąteczne.

Koniec roku mija mi pod znakiem inspiracji. Po pierwsze, w kolejce czekają nowe filmy: „Restless”, „Ides of March” i „We Need to Talk about Kevin”. Zwłaszcza ten ostatni. Niecierpliwie oczekuję też premiery „Millennium” z muzyką Trenta Reznora. Po drugie, i ważniejsze. Planowałam zająć się sutaszem (ciągle nie mogę przyzwyczaić się do tej niewdzięcznej nazwy). Kiedy szukałam wzorów, które nie wydawałyby mi się zbyt tandetne - sutasz niestety często taki bywa - jedna ze stron wyrzuciła zdjęcie pewnego wisiorka. Olśniło mnie. Ktoś idealnie trafił w mój gust, jakby tworzył tę biżuterię dla mnie i przeze mnie. Oksydowane srebro w nieco gotyckim stylu więziło piękny zielony kamień o kształcie grubego sopla. Wykańczały je delikatne zdobienia i zawijasy. Od zdjęcia do zdjęcia, od strony do strony… odkryłam wire wrapping.

Przez cztery godziny nie odrywałam wzroku od komputera. Głowa huczała jak oszalała, ale udało się. Rozeznałam najciekawsze blogi (stąd nowa zakładka na stronie), najfajniejszych artystów, popularne techniki. Przejrzałam strony, poprzez które zamawia się materiały, na trzech różnych kupiłam część niezbędnych półproduktów. Setki bigli, kółek, przekładek, łańcuszków, kilka pięknych kamieni. Następnego dnia pobiegłam po szczypce okrągłe i boczne oraz druciki. Gdyby tak podsumować – ogarnęłam temat w kilka godzin i po tych kilku godzinach miałam wszystko co potrzebne do rozpoczęcia pracy. Po prostu wciągnęło mnie. Tak, że prawie zapomniałam własnej głowy.

Pierwszą rzecz mam już prawie za sobą. Jest zrobiona w 70 %. Wyplatanie wymaga piekielnej precyzji. Widać każde niedociągnięcie, jednak skupienie, jakie osiąga się przy tworzeniu, jest porównywalne chyba li tylko z buddyjską nirwaną. Zgasłam dla świata. Nie było mnie. Byłam tylko ja i ten malutki pieprzony koralik, drucik, okrąg, trójkąt, quasi-supełek. To ten rodzaj skupienia, które lubię najbardziej – gdy mózg wygasza tradycyjne rozumowanie, a przełącza się na inny tryb – kombinowania, twórczej inwencji, niebanalnych skojarzeń. Już nie mogę się doczekać następnych projektów! Jeszcze tylko wyjdzie mi moja pierwsza oksydacja i będę w niebie!Szczerze mówiąc, dawno nie miałam takiej pozytywnej zajawki.

Nic by mnie nie powstrzymało przed kupnem tych pięknych sodalitów, jaspisów, sardonyksów. Ale przebojem i tak są lapis lazuli i niebieski, niezwykle intensywny agat. Jeden głęboki, granatowy jak noc, drugi niebieski z białą rysą, jak powłoka Neptuna. Już mam na nie pomysł. Już przebieram nogami, na myśl, że właśnie zostały wysłane i niedługo będę mogła się nimi zająć.

piątek, 23 grudnia 2011

Nienawidzę, gdy podczas pisania noty wygasa moja sesja. Generalnie pamiętam o tym, żeby co jakiś czas przenosić tekst do edytora i tam zapisywać treść, ale gdy chcę zrobić polski cudzysłów, a strona wywala mi się nagle nie wiadomo z jakiego powodu, nie mam dobrego humoru. Pieprzony Bloxie, merry Christmas!

21:31, nybatteri1
Link Dodaj komentarz »
niedziela, 18 grudnia 2011

To jest pierdolona walka. Z całym szacunkiem dla Jezuska, pieprzona droga krzyżowa. Na drodze obijam się o wyrzuty sumienia, zawiedzione nadzieje, niezrealizowane plany, poczucie winy. Swoje, czyjeś, wszystkich wokół. To, że powinnam jak najszybciej napisać pracę, wiedziałam od zawsze. Moja siostra nigdy się nie obroniła. Byłam wtedy gorliwą studentką trzeciego roku, zakochaną w swoich studiach, przekonaną o zbliżającym się sukcesie i intelektualnej przygodzie zwieńczonej kolorową piątką na dyplomie. Kurwa, zamiast ją wesprzeć, pieprzyłam coś w stylu "przecież to żadna filozofia, usiądz i napisz". Tymczasem siedzę teraz w piękny, niedzielny wieczór i zamiast patrzeć, jak wieje wiatr, czytać jedną z książek, które sprawiłam sobie na urodziny, zajmować się szukaniem prezentów na święta czy po prostu bezmyślnym wierceniem palcem w nosie i odpoczywaniem od tygodniowej pracy, muszę tworzyć swoje magisterskie dzieło.

Przez moją zwłokę straciłam preferencyjny plan spłat kredytu. Coś, co miało być negatywnym motywatorem, czyli perspektywa 400 zł comiesięcznych rat spłacanych od zaraz, zawiodło. To była pierwsza bariera. Potem padały kolejne, bardziej osobiste. Ludzie, którym mówiłam, że za chwilę się obronię, z początku dopytywali, potem dyskretnie milczeli. Traciłam w ich oczach. W swoim własnym świecie też stawałam się coraz mniej pewna siebie. Wszyscy z czasem nauczyli się, że należy unikać tego tematu, bo mogę zareagować w sposób niekontrolowany. Nauczyli się nie pytać - w sposób bezpośredni lub zawoalowany - czy w weekend pisałam pracę, czy uczyłam się do obrony. Właściwie już w ogóle zrezygnowali z pytania o to, jak spędzałam weekend. Gdy rozpoczynała się dyskusja na temat wykształcenia, studiów, egzaminów, dyskretne milczenie na temat mojej pracy odkładało mi się w żołądku niczym solidnej wagi obciążnik.

Nie mogę mówić na ten temat, bo natychmiast pojawiają się łzy. Czuję się wobec nich bezsilna. Moje wielkie nadzieje i wielkie plany rozbiły się o mniej więcej 80 stron, 1,5-punktową interlinię i porządnie przeanalizowany tekst.Upadek bolał, a ból czuję do dzisiaj. Co jakiś czas podejmuję próbę i jak podziwu godny żandarm przekonuję sama siebie - oto będzie właśnie ten dzień, kiedy popiszę moją pracę. Za każdym razem walczę z tysiącem innych ważniejszych spraw, tysiącem osób, które wymagają mojej obecności.Gdy już się poddam, zasiadam. Tylko wtedy, gdy się poddam. Jak teraz. Miałam dziś zacząć po obiedzie. Jest 20 i właśnie zaczynam. Walka trwała dziś 6 godzin. Czy to dużo, czy mało, trudno powiedzieć. Bywało dłużej.


Kurewsko ciężko jest mi zaakceptować, że coś, do czego po prostu trzeba przysiąć i to zrobić, staje się rzeczą nie do wykonania. Że przewyższa mnie. Moją psychiczną i fizyczną moc. Taka prawda o mnie, że zamiast porządnie nad tym popracować I TO WRESZCIE ZROBIĆ, debatuję, użalam się, płaczę, złoszczę się, kombinuję. Nie lubię tej części mnie, bardzo nie lubię.

Na pewno był tam mężczyzna. Krzyczał na mnie, a ja na niego. Piekielnie się go bałam, ale próbowałam mu coś wytłumaczyć. Przekonywałam go do czegoś. W końcu zaczęłam płakać ze strachu. Obudził mnie wczoraj rano ten płacz. Mój własny płacz, a właściwie szloch.

Nie rozumiem, skąd biorą się takie impulsy. Skoro wszystko jest w porządku i nic nie powinno mnie rozwalać od środka. Jedynym mężczyzną, którego się obecnie boję (kurwa, jakie to niedorzeczne), z którym muszę przebywać codziennie, rozmawiać merytorycznie i konkretnie pomimo tego lęku, jest mój szef. Ostatnio mocno zastanawiam się nad pójściem na ustawienie. Taka metoda pracy terapeutycznej, która otwiera człowieka na ciężkie do wydobycia normalną drogą wątki. Kusi mnie, bo jest bardzo niekonwencjonalna, pcha mnie ciekawość.

W mojej weekendowej codzienności jest zupełnie inaczej. Spokojniej i trochę bardziej banalnie. Robiliśmy wczoraj blok czekoladowy. Zapach rozgrzanej margaryny i kakaa roznosił się wszędzie. Wieczorem blok był dość zwarty, ale nie twardy. Z zazdrością patrzyliśmy na średnio urodziwą panią Kasię, która na YouTubie mieszała łychą maślaną pacię i bez gracji łupała orzechy, ale potem wyjęła z lodówki piękną, brązową sztabkę, doskonałą do krojenia. Byłam też na zakupach. Gdy trzeci raz szłam do tej samej kolejki, do tej samej przymierzalni ze spodniami, które różniły się od poprzednich zaledwie jednym rozmiarem, ujawnił się mój wrodzony upór. Postawiłam sobie za punkt honoru wyjść z dobrymi, nie za dużymi, nie za małymi jasnymi jeansami, których nie będę odkładać w szafie na lepsze czasy, „20 centymetrów mniej” i "do butów, które może kupię za miesiąc, będą idealne". Wystałam swoje, ale udało się. Można powiedzieć, że zachowałam się jak prawdziwe galeriowe zwierzę.

I gdy dzisiaj znowu budzę się, a pod powiekami mam resztki snu, w którym ktoś się nade mną znęca i torturuje moją rodzinę, to naprawdę nie wiem, o co kurwa może chodzić. Co to za pieprzona rzeka podziemna, która nie przestaje płynąć, i gdzie jest jej pieprzone źródło? Ciężko mi o tym nie myśleć i iść za radą M. "Nie przejmuj się, to tylko zły sen".

niedziela, 11 grudnia 2011

W ten weekend zabrałam pieniądze, które dostałam wcześniej od mojej rodziny, i pognałam do sklepu. Zaczęło się dość niewinnie. Wybrałam "O pięknie" Zadie Smith, bo już tyle o niej słyszałam, że wreszcie chciałabym sprawdzić, co też się w niej znajduje, i "Traktat o łuskaniu fasoli" Wiesława Myśliwskiego. Ponieważ tę drugą książkę już czytałam, w ostatniej chwili wymieniłam ją na najnowszą biografię Miłosza spisaną przez Andrzeja Franaszka. W czasie studiów czytałam dużo takich książek. Stwierdziłam, że chcę mieć ją na półce i zaglądać do niej w weekendy, gdy nic nie będzie mi przeszkadzać. Na tym zakończyła się pierwsza część zakupów. Stety-niestety w drodze powrotnej zahaczyłam o księgarnię, aby kupić pewien drobiazg...i wyszłam z dwiema kolejnymi książkami. "Fabryką muchołapek" Andrzeja Barta, którą od dawna chciałam przeczytać, i "Mapą i terytorium" Michela Houellebecqa. Tak, wreszcie kupiłam! 

Można więc powiedzieć, że moja rodzina kupiła mi w tym roku wyjątkowo udane prezenty!

Chyba odłożę "Rok potopu" Atwood, z którym walczę od tygodnia, i zabiorę się za którąś z nich:

   

--- Uwaga, zdradzam szczegóły akcji ---

Gdy przewróciłam ostatnią stronę tej książki i skończyłam czytać ostatnie zdanie ("Zimno robi się w skryptorium, boli mnie kciuk. Porzucam to pisanie nie wiem dla kogo, nie wiem już o czym; Dawna róża pozostała tylko z nazwy, same nazwy nam jedynie zostały."), poczułam, jak kręci mi się w głowie. Jak ten średniowieczny świat wypluwa mnie z powrotem do XXI w., wyrzuca poza krąg opactwa, intryg i płonącej biblioteki. Kurcze, czy to możliwe, żebym aż tak wsiąkła?

Z początku było ciężko. Polubić ten styl. Przestać walczyć z nadzieją na coś współczesnego, lekkiego. Przyjąć to, że rzecz będzie o manuskrypcie, mnichach i zakonie, dać się wciągnąć w sam pomysł. Na ostatnich stronach książki - a już poza właściwą powieścią - sam autor wspomina słowa wydawców, którzy radzili mu skrócić nieprzyjazny wstęp. Nie posłuchał, sam chciał dyktować warunki i dopuścić do swojej opowieści tylko tych, którzy wytrzymają.

Eco wykorzystał w tej książce kilka mocnych wątków. Motyw mistrza i niedoświadczonego ucznia, motyw biblioteki labiryntu jako miejsca tajemniczego, niedostępnego, motyw ślepca, który pociąga za sznurki i jest głównym sprawcą wypadków. Już samo połączenie ciekawie się zapowiada. Wprawny pisarz może z takiej materii wyczarować cuda. Te tematy osadził w ironicznej opowieści o duchowieństwie, którą napędza kryminalna intryga, poprowadzona tak mądrze, że skandynawscy mistrzowie sensacji w stylu Larssona czy Lackberg mogliby się od niego uczyć.

Co było moim zdaniem naj? Zabawne opowieści o braciaszkach benedyktynach, którzy na porannej modlitwie przysypiają, a za karę muszą robić obchód z kagankami w ręku. Którzy rozprawiają nad cnotą ubóstwa, a sami noszą sygnety na palcach.

Drobiazgowość, z jaką Eco opisał labirynt wypełniony zakazanymi książkami. Czas, jaki dał nam na odkrycie jego logiki. Kolejne wyprawy Wilhelma i Adsa, które stopniowo zaznajamiały nas z potężnym gmachem, jego tajemnymi przejściami, skomplikowanym kodem i zakazanym zbiorem finis Africae. Spektakularny pożar, który może wywołać ciarki na plecach. Wreszcie rozwiązanie zagadki - nikt z czytelników nie zgadnie, przez jaką książkę zginęło tyle osób i kto tak bardzo się o nią troszczył, że zabijał wszystkich, którzy byli blisko...

I wreszcie trzecia rzecz. Konstrukcja książki. Podział na osiem rozdziałów, odpowiadających ośmiu dniom, w czasie których dzieje się akcja. Podział każdego dnia na pory takie jak pryma, nieszpór, kompleta porządkujące życie i praktyki benedyktynów. Krótkie zapowiedzi rozdziałów, które dają nam przedsmak tego, co wydarzy się na kolejnych stronach, a często wprost zdradzają, że ktoś zginie ("Po nieszporze. Kiedy to, chociaż rozdział jest krótki, starzec Alinard mówi sporo interesujących rzeczy o labiryncie i o tym, jak się do niego dostać", "Nona. Kiedy to wymierza się sprawiedliwość i dręczy nas kłopotliwe uczucie, że nikt nie ma racji", "Noc. Kiedy to dochodzi do pożogi i z powodu nadmiaru cnoty górę biorą siły piekła".

Książka Eco to jedno z tych dzieł, które wpycha się nam jako klasykę literatury, "nie czytałeś tego, no coś Ty" i "książki, których nie wypada nie znać". A ja cieszę się, że podobnie jak "Bracia Karamazow" i kilka innych wielkich dzieł z tej nieszczęsnej kategorii stała się Moją Książką, moim osobistym zaskoczeniem, oczarowaniem. Że porwała mnie do tego stopnia, że po skończeniu jej miałam ochotę zacząć ją od nowa.

niedziela, 04 grudnia 2011

W czwartek wróciłam do domu z wielką butlą kozackiego grzańca, prezentem urodzinowym od moich współpracowników. Ja kupiłam im dobre cukierki, oni mi alkohol – takie interesy lubię. W dodatku nie przeczołgali mnie w pracy, ale dyskretnie podkreślali wyjątkowość tego dnia. Czułam się co najmniej dziwnie. O godzinie 18:00, gdy stałam w kuchni, popatrzyłam więc na te szklane krągłości. Wyobraziłam sobie smak czerwoniutkiego wina. Schowałam go do szafy. Mam faceta, niepijącego alkoholika, który co prawda nigdy nie był smakoszem akurat tego rodzaju alkoholu, ale z pewnością nie ucieszyłby się na widok tego, czego zgodnie z zaleceniami terapeutów po prostu ma unikać.

Schowałam więc grzańca do szafy. Obok leży już jedna butelka, która kiedyś, jako prezent dziękczynny, miała trafić do kogoś, ale nie została przyjęta. Gromadzę te procenty w pawlaczu i czekam na samotny weekend, kiedy nie wyjdę spod koca, z rąk nie wypuszczę książki ani na chwilę, a dobrą herbatę będę pić na zmianę z winem i gorącą czekoladą.

Tak wybrałam. Coś za coś. Zero cukierków i tortów z alkoholem, zero imprez w barach, bilardów w pubach, miłych przyjacielskich spędów zakrapianych alkoholem, zero romantycznych wieczorów z drinkami w tle, zero głośnych koncertów wypełnionych nieobliczalnym tłumem.

Mija mi kolejny rok i może brzmi to zbyt sentymentalnie, ale czuję, jak wiele się zdarzyło. Wszystko wywróciło się do góry nogami i porwało za sobą. Bezwzględnie. Były chwile, kiedy dusiłam się łzami przez długie tygodnie, był czas, gdy wszystko się rozpadło i wyciszyło. Ze strachem i nadzieją czekałam na to, co się zdarzy. Obróciło się w dobrą stronę. Wraz z terapią przyszedł spokój, przyszła refleksja i odpowiedzialność. Wraz z nowym domem przyszła stabilizacja. Wracam teraz na nasze poddasze, w którym czeka na mnie czekolada zapakowana w gazetę, ozdobiona kartką "Bardzo mi jest z Tobą dobrze, witaj w domu" i wcale nie żałuję tych butelek, które układam dla siebie w szafie. Wcale nie żałuję tych palących łez i niezaliczonych imprez. Udało nam się tak zawalczyć, że czasami sama jestem pod wrażeniem.

wtorek, 29 listopada 2011

Gdy wybiła 17:00, wstałam, zamknęłam komputer i mentalnie pożegnałam się z pracą. Mimo że powinnam zostać godzinę dłużej, mimo że zrobiłam dziś połowę mniej niż zwykle (bo jedną rzecz chciałam dopieścić na fest), przypomniałam sobie o ostatniej rozmowie i już mnie nie było. Nie będę się starać ponad moje siły. Energię wolę zachowywać na później. 

Później. Jest tego strasznie dużo. Coś, co wciąga mnie i buduje moje bezpieczeństwo. Nieskończona, nieograniczona ilość radości, ciepła, bliskości. To moja odskocznia. Życie z M. Radość z tego, że robi te przepyszne naleśniki z sosem pomidorowym, szynką, serem i ziołami, po których ja zmywam (bo umowa jest taka, że jedno gotuje, a drugie zajmuje się potem naczyniami). Z tego, że wpadam do domu i myję kubek, co zawsze zostaje zauważone i obcałowane. Z tego, że siedzimy i słuchamy radia, że M. pręży się przede mną i czaruje intelektem, a gdy to doceniam, cieszy się i wdzięczy podwójnie. Z tego, że zachowuje się jak dziecko, gdy po raz pierwszy w życiu zakłada na siebie podgrzane na grzejniku spodenki. Z tego, że tak jak ja staje się koneserem herbaty. Z tego, że mamy robić karmnik. Że zachęca mnie do mądrych decyzji. Że jest święcie przekonany o tym, że świat jest dobry, że dobro wraca, że ludzie są dobrzy, i że nie ma ani jednej chwili, która załamałaby tę jego pewność.

Chcę mieć energię, żeby to chłonąć. Gdy wreszcie to mam, chcę się tym cieszyć. Dlatego pieprzę moją pracę, w której nie jestem doceniana. Nie będę robić więcej, bo zwyczajnie mi się to nie opłaca. 

sobota, 26 listopada 2011

No i mnie zaskoczył. Chciałam spokojnie przygotować się do tematu pozostania w firmie bądź szukania nowej pracy, do negocjacji umowy, a tu kurwa spadło na mnie znienacka. Gdy zapytałam, czy w środę mogę wyjść godzinę wcześniej, dla niepoznaki dodał: "tak, oczywiście, na marginesie - macie jutro spotkania ze mną i szefową" i w tempie przypominającym karabinek maszynowy przedstawił kolejność spotkań. Żadnej informacji, czego mają one dotyczyć. Ja miałam być ostatnia (i wiedziałam, że to nie jest przypadek).

M. pomógł mi się przygotować. Rozpisaliśmy najróżniejsze scenariusze, wszystkie dokładnie przećwiczyliśmy. Wymyśliłam, co będzie dla mnie korzystne, a czego nie jestem w stanie zaakceptować. Wypisaliśmy dobre i złe strony, z przykładami i kontrprzykładami, które oni lub ja mogliśmy wykorzystać. M. był cierpliwy i tylko wzdychałam w duchu. Znosił moje zniechęcenie, moje przerażenie w trakcie przerabiania niektórych sytuacji, moje łzy, złość i sarkazm. Skończyliśmy chyba po czterech godzinach, gdy głowa i twarz puchły już od emocji i wypłakanych łez. Wszystko pięknie spisane na kartce włożyłam do "Roku potopu", który obecnie czytam, i zaniosłam ze sobą następnego dnia do siedziby szatana.

Co się okazało? Jest kryzys. Jest ciężko. Jesteśmy bardzo dobrymi pracownikami, ale nie możemy liczyć na normalne umowy. Być może zrekompensują nam to jakąś podwyżką, ale z resztą musimy sobie radzić sami. W marcu może coś się zmieni. Mnie to nie będzie dotyczyło. Mówią wprost. Coś, co obiecywali od półtora roku, to było kłamstwo.

Chyba z rezygnacji nie wykorzystałam żadnego z argumentów przygotowanych poprzedniego wieczoru razem z M. Wirowały wszystkie w mojej głowie, gotowe do rozpoczęcia ataku. Ale po co, gdy ktoś z zimną krwią robi mnie w chuja. Schowałam je na lepsze czasy. Nie mam złudzeń, na pewno jeszcze się przydadzą.

poniedziałek, 21 listopada 2011

Dopiero teraz, gdy zasiadam wieczorem w swoim dobrym, bezpiecznym miejscu, dociera do mnie zmęczenie. Myślałam, że tym razem było dobrze, że było fajnie, lepiej niż zazwyczaj, ale ciągle działająca czujka wreszcie się wyłączyła i wraz z jej wyciszeniem usłyszałam to, co płynie cały dzień, sączy się w środku i kurewsko nie chce przestać. 

W jednej chwili wracałam spokojnie do domu, w drugiej kupowałam ciastko francuskie, pochłaniałam je (wielkie okruchy spadały na szalik, nienawidzę tego), zjadałam kolację, otwierałam ciastka z czekoladą. Zajadany stres smakuje obrzydliwie. Poczucie niesprawiedliwości, niedocenienia, bycia perfidnie wykorzystywanym. Nic z tego nie znika, nawet w taki pozornie dobry dzień jak dziś.

Dobrnęłyśmy z A. do końca. Wyrobiłyśmy normę, limit, dobiegłyśmy do mety. Podczas gdy wszyscy inni zalegają ze swoimi pracami, my wyrobiłyśmy się dokładnie na czas. (Teraz możemy odciążać innych, co zresztą zaczęłyśmy po cichu czynić) Jako szef mógłby nam powiedzieć chociaż złamane "dobra robota", "brawo dziewczyny". Byłoby miło. Więc gdy Ona - nawet Ona - poszła powiedzieć mu, że zrobiłyśmy wszystko, on zamiast tego zaczął śledztwo "To też? A to?". "Wszystko". No i cisza. Głucha cisza. Jakbyśmy znowu zrobiły coś nie tak.

I cóż wyjątkowego się zdarzyło? Właściwie nic. Mój szef przez osiem godzin pracy w jednym pokoju nie odezwał się do mnie ani słowem. W czasie grupowych rozmów patrzył na mnie wilkiem jak zwykle. Gdy się odzywałam, dziwnie zastygał. Gdy się myliłam, uśmiechał się pod nosem. Gdy ktoś mnie chwalił czy przyznawał mi rację, zdawał się odpływać w niebyt, aby tego nie słyszeć.

Chciałabym mu wreszcie wykrzyczeć "Człowieku, otrząśnij się, przestań wreszcie wymagać, zatrzymaj się na chwilę i uwierz w to, że ktoś obok Ciebie wykonuje dobrą robotę".

piątek, 11 listopada 2011

Ostatnio coraz częściej myślę o bieganiu. Czasami urządzam lekki trucht wokół Cytadeli, ale im temperatura na dworze niższa, tym trudniej jest mi się zmotywować. Bo ja - przede wszystkim - nie lubię nie mieć przyjemności. Dlatego nie jeżdżę zimą na rowerze (bo mi wieje w twarz zimne powietrze). Dlatego nie pływam na basenie, gdy na jednym torze jest więcej niż sześć osób (bo mi ludzie robią fale albo chlapią wodą w twarz, gdy tego nie chcę). Dlatego zaczęłam myśleć o bieganiu - nie na dworze, ale na siłowni.

W tym temacie rozłożył mnie na łopatki Groupon. A właściwie - trzeba się przyznać - rozłożyłam się sama. Dokładnie wtedy, gdy zaczęłam snuć plany uzupełnienia mojego aqua aerobic o treningi na siłowni, na Grouponie pojawiła się zajebista oferta. Karnet OPEN na TRZY miesiące na fitness, siłownię, saunę i nawet kurde taniec za 250 zł. Postanowiłam przemyśleć sprawę tylko z jednego powodu - skąd wziąć 250 zł, skoro na koncie mam raptem 50 zł więcej i muszę przeżyć z tym do piętnastego. Superofertę zapisałam sobie w mailowej skrzynce i na wieczór. W głowie dokonywałam szybkich kalkulacji - od kogo by tu i z jaką wymówką...

Wieczorem było po wszystkim. Karnety sprzedane. I gdy teraz pomyślę, jaką ofertę przepuściłam, to aż mi się robi żal.

A wiecie, co mnie motywuje? Po pierwsze, korporacyjna frustracja. Muszę gdzieś wyładować swoją energię. Fizyczne zmęczenie daje specyficzny rodzaj przyjemności. Po drugie, M. i jego fajne ciało.To, że chodzi mi po mieszkaniu w majtkach, a ja nie mogę oderwać od niego oczu. Ja też bym chciała to mieć. Nie idealne kształty - bo jego nie są - ale pewność i poczucie, że z moich własnych jestem zwyczajnie zadowolona. Że dobrze czuję się w tej skórze, która przypadła mi w przydziale. Nóg nie zmienię, sorry, proste nie będą, ale cała reszta może przecież wyglądać atrakcyjniej.

No i do całości dołączają jeszcze jego rodzice. Skubańcy mają ponad 50 lat, a przynajmniej cztery razy w tygodniu uprawiają jakiś sport. Jak nie nordic walking to basen, jak nie basen, to bieg Żoliborza, Niepodległości czy jakiś tam ot półmaraton, jak nie to, to rower. Naprawdę można dostać wyrzutów sumienia, że jest się o połowę młodszym i człowiekowi się nie chce.

Więc temat pozostaje otwarty...a na razie mam swoje areobiki z Jane Fondą i Carmen Electrą, które włączam, aby się zmęczyć i nie opuszczać przy tym czterech ścian... :-)

1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 18