zimno.
| < Październik 2017 > |
Pn Wt Śr Cz Pt So N
            1
2 3 4 5 6 7 8
9 10 11 12 13 14 15
16 17 18 19 20 21 22
23 24 25 26 27 28 29
30 31          
Kategorie: Wszystkie | Czy wiesz,że... | Sporo czytam
RSS
niedziela, 12 czerwca 2011

Weekend minął mi pod znakiem zdarzeń różnych. Wielość bodzców dawno już mnie tak nie cieszyła. Strasznie mi się ich zachciało i po prostu dałam się porwać.

Z jednej strony była ta książka. Ten hipnotyczny, kurewsko wciągający kryminał, który bombarduje intensywnością zdarzeń, intensywnością charakterów, intensywnością emocji. Wkrótce opiszę go bardziej szczegółowo. Teraz powiem tak - już DAWNO nie czytałam książki, przy której czułam, jak adrenalina buzuje mi w żyłach.I już dawno nie poznałam dzięki literaturze takiej postaci jak L.

Były aktywności, które zajmowały mnie i tylko mnie, sprawiając, że zapominałam o wszystkim. O nim też. Ależ to zajebiste uczucie - zapomnieć o tym, że się kogoś ma. Myśleć o sobie tak intensywnie, że aż zapomina się o tym, że gdzieś tam żyje sobie druga osoba i zajmuje się swoimi sprawami. O tym co ona myśli, co czuje, czy jest jej dobrze.

Był wieczorny koncert nad rzeką. Polski Tom Waits. Oczarował wszystkich. Skupienie publiczności wyczuwało się na odległość. Ależ ja bym chciała tam pomóc, podziałać wyrazniej i na poważnie...

Wreszcie było coś, czego nie robiłam od czasów wczesnostudenckich... powrót do domu o 4 nad ranem. Witanie wschodu słońca z ulicy, z miasta. Bycie z wygasającą nocą aktywniej niż poprzez nasunięcie kołdry na głowę.

Z drugiej strony, dużo czasu spędziłam z nim. Czułam jego chęci, jego radość. Odwiezliśmy starego grata do fajnej, małej wioski. Klimat jak z westernu albo hippisowskiego eventu - wiatr we włosach, nogi na desce, pomarańczowy lakier samochodu. Brakowało tylko jakiejś Nirvany czy innego takiego ustrojstwa. Szkoda, że tego nie nagrałam. Dodałabym muzykę i przedłużyła tę rzeczywistość.

Były rowery i nowa zębatka. Może wreszcie będę mogła szybciej jezdzić. Była biała czekolada z wielkimi orzechami i resztki pizzy.

Kurwa ale było czarująco.

Tagi: weekend
22:44, nybatteri1
Link Dodaj komentarz »
piątek, 27 maja 2011

Długo mnie nie było, ale już jestem i zamieszczam małą pocztówkę z gór.

 

21:27, nybatteri1
Link Dodaj komentarz »
niedziela, 01 maja 2011

Mam takie przeczucie, że deszczowe góry mnie oczarują...

00:43, nybatteri1
Link Dodaj komentarz »
wtorek, 26 kwietnia 2011

Absolutnie mnie to uwiodło. Poczułam, że gdyby dano mi nieskończoną ilość czasu i materiałów, siedziałabym przy stole do końca...

Wczoraj kupiłam pierwsze w życiu farby i pędzle.Wszystko,czego potrzebuję na początek.Jutro wezmę od Gosi serwetki i ruszam do dzieła! A tak było w niedzielę:

 

Tagi: decoupage
23:26, nybatteri1
Link Dodaj komentarz »

Ostatnio postanowiłam rozpoznać pole we współczesnej literaturze wypełnione przez kryminały. Chyba nigdy w życiu nie przeczytałam żadnego, toteż na fali ich ostatniej popularności postanowiłam zrozumieć tę fascynację. Przepuścić ją przez własny filtr. W pracy ciągle słyszałam o wyjątkowych książkach Mari Jungstedt. Kupiłam "Niewidzialnego".

Fabuła wygląda następująco: Małżeństwo przyjeżdża na Gotlandię i wraz ze znajomymi organizuje imprezę. Po wieczornej awanturze zakochanych ktoś zabija na plaży Helenę. Rozpoczyna się dochodzenie. Policja jest bezradna i krąży od jednej do drugiej osoby,przesłuchując każdego, KAŻDEGO, kto ma jakikolwiek związek z ofiarą. Pózniej giną jeszcze dwie kobiety. Przedstawiani są kolejni przyjaciele ofiar, kolejne rodziny. Ostatecznie zagadkę rozwiązuje ta, która ma być ostatnią ofiarą seryjnego mordercy. To ona dzwoni na policję i zdziwionym oficerom wskazuje, kto jest mordercą. Bogu dzięki za jej spostrzegawczość, w przeciwnym wypadku śledztwo chyba nigdy by się nie skończyło,a te nieporadne malepy pałętaliby się w tej historii przez kolejne kilkaset stron. Książka kończy się moralizatorską puentą - tak słabą i tak nieadekwatną, że aż chce się płakać -  jakoby takie zachowania chorych psychicznie frustratów były skutkiem niewłaściwego wychowania. Ostatecznie okazuje się, że i ofiary i morderca byli wychowywani w niewłaściwy sposób. End of story.

Mari Jungstedt ma wielki talent. Dlaczego? 

1. Jak można znudzić czytelnika,kiedy pisze się powieść kryminalną? Sednem tego gatunku jest przecież zagadka, tajemnica. To, co utrzymuje czytelnika przy książce, to jego zaciekawienie, podniecenie i denerwująca potrzeba doczytania jeszcze jednej strony! Jak można - pytam - zanudzić człowieka czymś, co z definicji jest intrygujące.

2. Jak można napisać historię kryminalną tak, że dopiero od 250 strony zaczyna się coś dziać. Dopiero wtedy, kiedy już absolutnie COKOLWIEK musi się wydarzyć, aby książka w ogóle mogła się skończyć. Jak można pisać o kolejnych ludziach, kolejnych przesłuchaniach, kolejnych ludziach, kolejnych przesłuchaniach, które nic, ale to nic nie wnoszą. Które nie splatają się ze sobą w interesujący sposób, które nie twrzą skomplikowanej siatki domysłów, podejrzeń, które nie wyprowadzają nas w pole.

3. I zarzut najpoważniejszy. Jak można w powieści, w której roi się od policjantów, ofiar i morderców, nie stworzyć ani jednego bohatera z jakąkolwiek cechą charakterystyczną? Jak można stworzyć tak papierowe, bezpłciowe postaci, które nie wywołują w nas żadnych emocji? Jak można rozpisać je tak, że po prostu chodzą, jedzą, coś tam robią...W POWIEŚCI KRYMINALNEJ!!!!

Konkluzja jest następująca - można! Mari Jungstedt to potrafi. Musi mieć ogromny talent, bo moim zdaniem to wcale niełatwe zadanie!

I jeszcze zarabia na tym mnóstwo kasy...

niedziela, 17 kwietnia 2011

Jedna myśl ostatnio nie daje mi spokoju - nie wiem,czy dobrze robię, pracując w tym miejscu. Instynkt podpowiada mi,że środowisko "korpo" nie jest dla mnie. Coraz częściej czuję, jakby mnie ktoś stale ograniczał, jakby ciągle wisiało nade mną oko Wielkiego Brata. Każdy ruch jest kontrolowany. Zero elastyczności, zero możliwości wyłamania się ze schematu 5 dni pracy - 8 godzin dziennie. Strasznie mnie to męczy. Głównie to, że kiedy np. jest pięknie na dworze,a ja kompletnie nie mam nastroju na pracę, nie mogę po prostu wyjść z domu i pokorzystać ze świata, ze słońca. Kiedy mam gorszy dzień i jedyne, co chciałabym robić, to zakopać się pod kocem lub w parku z książką, muszę czekać z tym do 17, a wcześniej stwarzać pozory...

Moi znajomi mają u siebie bardzo elastycznie. Albo własna firma i praca w domu, albo wyluzowany szef, którego prawie nigdy nie ma i który już na początku powiedział: masz nielimitowany czas pracy i pracujesz metodą zadaniową, a nie na wysiedzenie ośmiu godzin. To jest logiczne, to jest humanitarne. Nie to, że wchodzisz do firmy jak do więzienia i nawet jeśli idziesz wypłacić pieniądze do bankomatu, Twoje wyjście jest rejestrowane...

Dlatego się burzę. Dlatego wierzgam. Bo widzę, że można inaczej. Tylko tu pojawia się podstawowe pytanie: czy JA mam jakąś prawdziwą alternatywę?

 

11:48, nybatteri1
Link Dodaj komentarz »
poniedziałek, 11 kwietnia 2011

Rzadko komu daję się wyciągnąć z domu w niedzielę przed 10. Dziewczyny wymyśliły śniadaniowy spęd.Na razie kilka zdjęć, opis będzie za chwilę. Wiąże się z pewnym wspomnieniem, które muszę należycie przywołać.

 

 

23:32, nybatteri1
Link Dodaj komentarz »

 


Wreszcie udało mi się zrobić porządek w gazetach. Poukładane czekają na wolny wieczór.

 

23:05, nybatteri1
Link Dodaj komentarz »
środa, 30 marca 2011

Wyjątkowy artykuł z wyjątkową kobietą. Od lat śledzę jej wypowiedzi i od lat niezmiennie mnie zachwyca. Mądrością, spokojem, wrażliwością. Za każdym razem trafia w sedno. Kiedy znajdę więcej czasu, napiszę coś więcej. Na razie link do wywiadu:

http://wyborcza.pl/1,76842,9314313,Jak_sie_odkleic.html

niedziela, 27 marca 2011

Wczoraj zwiedzaliśmy kolejne leśne miejsca. Łapaliśmy słońce. Zapomnieliśmy chusteczek do nosa, zapomnieliśmy ciepło się ubrać. Nie zapomnieliśmy słodyczy i kawy w termosie. Bogu dzięki, że były.

Niektórzy żyją egzotycznymi wyprawami. Kambodża, Laos, Malezja, Afryka. Jadą, wracają z jednej wyprawy, planują kolejną . My rysujemy trasę, zgrywamy ją do GPS-a, idziemy. Po powrocie zawsze jedziemy do mnie, robimy drugą kawę, zgrywamy zdjęcia, oglądamy. Ten rytuał mnie oczarował. Oczarowuje za każdym razem, kiedy realizuje się kolejny element planu. Uśmiechnęłam się, gdy dziesięć minut po dostałam wiadomość: "No to gdzie za tydzień?".

 

 

 

 

 

19:47, nybatteri1
Link Dodaj komentarz »
czwartek, 24 marca 2011

Kolejna książka, która ostatnio podbiła moje serce. Historia Lesia Kubajka oraz jego współpracowników z biura architektonicznego w Warszawie. Lesio, roztargniony romantyk, lekkoduch, ukryty geniusz ujawniający swe talenty w najmniej oczekiwanych momentach, stale zmaga się z trudną do zniesienia rzeczywistością. Notorycznie spóznia się do pracy, nie potrafi spokojnie wysiedzieć przy biurku ani oprzeć się urokom pani Barbary zajmującej sąsiednie stanowisko. Ma poczciwą żonę Kasieńkę, specjalistkę w urządzaniu karczemnych awantur i rzucaniu wazami. Jedno powstrzymuje go przed osiągnięciem szczęścia absolutnego - personalna i jej książka spóznień. Nękany codziennie z rana pogardliwym spojrzeniem pani Matyldy, skrupulatnie odnotowującej jego absencję, postanawia ją unicestwić, usunąć z tego świata. Wtedy - jak twierdzi - na jego planecie zapanuje szczęście.

 

A tak zaczyna się ta książka:

"(...) Lesio istnieje. Istnieje wyraznie, realnie, zdecydowanie, a niekiedy nawet z hukiem. Czas jakiś temu, porósłszy w pierze i nabywszy pojazd mechaniczny, rozbił nim parkan na jednej z głównych ulic Wiednia, po czym ufundował nowy własnym kosztem.

Nazwy ulicy nie podam przez zwyczajne miłosierdzie. Lesio wciąż jeszcze żyje cichą nadzieją, że powieść o nim nigdy się nie ukaże, jeśli zaś się ukaże, to on nie zostanie rozpoznany. Tylko wyjątkowy takt otoczenia może pozostawić mu to złudzenie. Każdy, kto zna Lesia,bez żadnych wątpliwości będzie wiedział, że to on.

Charakter Lesia, acz szlachetny,jest nad wyraz skomplikowany,dusza pełna fantazji,a życiorys bogaty w wydarzenia. Może nie wszystkie z opisanych tu czynów w rzeczywistości popełnił. Ale z pewnością do wszystkich był zdolny..."

wtorek, 22 marca 2011

Wczoraj skończyłam czytać "Ślepego zabójcę".Ze smutkiem odłożyłam tę książkę na półkę.


Pamiętam, jak kiedyś oglądałam film "Into the wild" z muzyką Eddiego Veddera, niezwykle sympatycznym Emilem Hirschem oraz nieznają jeszcze prawie nikomu Kristen Stewart. Ziarnko padło wtedy chyba na właściwą glebę. Kiedy wybrzmiewały ostatnie takty muzyki, siedziałam jak porażona. Jak nastolatka, która po raz pierwszy w życiu obkleja pokój plakatami Curta Cobaina. Nie pamiętam, co wprowadziło mnie w taki stan, ale pamiętam że.Pamiętam też, że kiedy film już się skończył, od razu rozpoczęłam przewijanie, klatka po klatce, fotografowanie scen, robienie kolaży. Właściwie obejrzałam go w całości po razu drugi. Następnego dnia również - ale już jak człowiek, od początku do końca, bez skakania między klatkami. I tak jeszcze pięć razy.

Podobnie jest z Atwood.Nie mogę się od niej oderwać, mimo że już się dla mnie skończyła. Znów wróciłam do początku i zaczęłam przewracać kartki.

Z tą książką kojarzy mi się najpierw jedno słowo - dyscyplina. Za każdym razem, kiedy do niej sięgałam, miałam wrażenie, jakby stał nade mną wielki wąsaty pan z linijką, gotowy do chlaśnięcia nią po moich palcach. Dzięki tej strasznie sugestywnej narracji starej kobiety, Iris, która opisuje swoje życie, wpadamy do tamtego świata i nagle jest tak,że to my siedzimy w jej złotej klatce i to my nosimy krzyż, mając cztery, sześć, piętnaście, dwadzieścia, pięćdziesiąt lat. To właśnie nad nami stoi pan z linijką i nie możemy pisnąć ani słowa. Stąd niedaleko do drugiego słowa w tej mapie mysli - poświęcenie. Można powiedzieć, ze "Ślepy zabójca" to historia kobiety, która poświęciła całe swoje życie. Złożyła siebie w ofierze, ale też stała się ofiarą innych. Żyła tak, jakby mogła znieść wszystkie okrucieństwa, które zgotuje dla niej los.

Ta kobieta miała siostrę, Laurę. Wiecznie postrzegana za niewinną, wiecznie szukająca właściwej drogi do Boga, interpretująca wprost każde słowo. Pełna uczuć, pasji, romantycznej wiary w ludzi. Kiedy się ją krzywdziło, po prostu zamykała oczy i odpływała, zostawiała samo ciało, stawała się nieobecna duchem. Od początku wiadomo, że zginęła w wypadku samochodowym. Akcję przerywają fragmenty innej książki, którą kiedyś pisała. Pełne nienawiści i namiętności, wypełnione scenami brudnego seksu, niezdrowego uzależnienia i dramatycznej obsesji. Dosadne, bezpośrednie sceny, które tworzy umysł nękany przymusem odreagowania.

Historia tych dwóch kobiet toczy się powoli, choć bardzo intenwysnie na ponad 600 stronach. Zachwyci wszystkich miłośników klasycznej powieści, w którą trzeba się wczytać, aby poznać bohaterów, a potem wytrwać tych kilkaset stron, by sprawdzić, co też im się przytrafiło.

niedziela, 20 marca 2011

Oto kilka zdjęć z naszej wczorajszej wyprawy.Uciekliśmy tam, gdzie czujemy się dobrze - do lasu. Miałam nadzieję, ze to nas otrzeźwi. Przywróci równowagę. Chciałam iść przed siebie. Na miejscu okazało się, że wszystko jest tam takie ładne, ciche, pachnące. Ten spokój przeniknął mnie i w pewnym sensie otworzył. Cały ten zeszłotygodniowy wkurw, wszystkie żale i pretensje się uspokoiły i ustąpiły miejsca rzeczowej rozmowie. Nawet przyjemnościom. Uczyłam się robić zdjęcia, pierwszy raz w życiu zjadłam bazie (to na szczęście), zawarłam umowę z M. dotyczącą wyjazdu i terapii. Potem zjadłam koftę i już w ogóle byłam w siodmym niebie. Poczułam, że znowu jesteśmy drużyną.
Oto cztery zdjęcia:

 

 

09:00, nybatteri1
Link Dodaj komentarz »
sobota, 19 marca 2011

Ostatnie dni dały mi popalić. W pracy szef biega jak kot z pęcherzem, wszystkich kontroluje. O co chodzi? To oczywiste, o prężnie działający, zdradziecki łańcuszek: A rozlicza B, więc B rozlicza C, więc C rozlicza D. Dostaje się zazwyczaj właśnie D, który - tak się składa - pracuje najwięcej. Im wyżej drabinki, tym mniej prawdziwej pracy, a więcej gadania, opieprzania się i symulacji.I oni uważają, że mają prawo nas rozliczać...?

Poza tym M. powiedział mi, że być może przez pół roku będzie pracował w innym mieście, a tutaj będzie wracał tylko na weekendy. Nie wyobrażam sobie tego. Boję się tej niepewności. Cholernie mi przykro, że nie będzie go przy mnie częściej. Kurewsko przykro. No właśnie, chyba nawet jestem na to zła. Znów jest tak, że coś, co w moim rozumieniu powinno nadejść, zostanie odsunięte w czasie.I nie będzie tego, na czym mi zależy.

Wiem,że to jest waga.Że wszystkiego nie można przewidzieć i że to pewnie nie pierwsza, nie ostatnia taka sytuacja. Że to poważny związek i trzeba to przeżyć. Mimo to zaczynam mieć wrażenie,że nie daję rady. Z tym poważnym związkiem. To,co dla innych byłoby prawdopodobnie tylko lekką zmianą,dla mnie jest jak niewyobrażalna tragedia. Dla mnie jest tego za dużo.

 

09:50, nybatteri1
Link Dodaj komentarz »
piątek, 18 marca 2011

Wczoraj na poprawę humoru (poza dwoma lakierami do paznokci, dobrym drinkiem i ciepłym, pachnącym pieczywem) kupiłam dwie książki, które właśnie pojawiły się w księgarniach. Zupełnie różne, poruszające zupełnie inne wątki. Napiszę o nich więcej.