zimno.
| < Czerwiec 2017 > |
Pn Wt Śr Cz Pt So N
      1 2 3 4
5 6 7 8 9 10 11
12 13 14 15 16 17 18
19 20 21 22 23 24 25
26 27 28 29 30    
Kategorie: Wszystkie | Czy wiesz,że... | Sporo czytam
RSS

Sporo czytam

niedziela, 15 kwietnia 2012

Kończę właśnie pierwszy tom i muszę przyznać wszystkim, którzy od dawna zachęcali mnie do tej lektury - to jest bardzo intrygująca książka. Fajnie napisana: lekko i z pomysłem. Nedda, Brana czy Aryii naprawdę nie da się nie lubić. Nazwy takie jak Winterfell czy Dothrakowie cieszą uszy, a sceny takie jak odnalezienie wilkorów, wędrówka Catelyn i Tyriona na Orle Gniazdo czy walka Snowa z duchem są pożywką dla wyobraźni. Nie można się z nimi rozstać. Wizję George'a Martina - o dziwo - świetnie uzupełnił serial. Aktorzy stopili się z tymi, które stworzyła moja wyobraźnia, znaczy że wybrano ich właściwie. Krótko mówiąc, wciągnęłam się. Oto moja lektura do autobusu. Oto kolejna odskocznia od stresów. Oto rzecz, która sprawia, że zapominam o bożym świecie. A tego mi teraz trzeba.

 

niedziela, 11 marca 2012

Rezonuje mi. Zlewa się z innym tematem. I tak jest najgorzej, bo nie mogę ocenić obiektywnie. Ale w sumie nie jestem krytykiem literackim, a ten blog nie jest profesjonalną przestrzenią recenzencką, aby w ogóle się tym przejmować.


„Uwikłanie” trafiło w moje ręce w specyficznym momencie. Właśnie wtedy, gdy na spotkaniu M. próbuje odnaleźć połączenia między różnymi kawałkami, przypominają mi się fragmenty tej książki. O tym, że wina nigdy nie znika z systemu, jeśli nie jest przepracowana przez właściwą osobę. Że zazwyczaj biorą ją na siebie dzieci, przedstawiciele kolejnego pokolenia. Że w ustawieniu dobry i zły znaczą zazwyczaj coś zupełnie przeciwnego. Że gdy wszyscy ustawieni wpatrują się w jeden punkt, brakuje kogoś, kto powinien zająć to miejsce. Że w systemie wszyscy dążą do zgody i ostatecznego przywrócenia porządku, że szczęście w systemie to stanięcie obok siebie w jednym półokręgu. Słucham M., gdy zadaje mi swoje przemyślane, mądre pytania, gdy z godną podziwu szybkością rozpracowuje tę gmatwaninę i myślę wtedy o tym, gdzie mnie to doprowadzi. Ile pozwoli poskładać, a ile z powrotem wygrzebać i na nowo przemielić. Przypominam sobie prokuratora Szackiego i terapeutę Rudzkiego, wikłających się w kolejne niedomówienia i kłamstwa. I gdy M. mówi mi, że będzie mnie to dużo kosztować, ale bardzo dużo zyskam, a jednocześnie całkowicie powstrzymuje się od popchnięcia mnie do przodu i zdecydowania za mnie, nie mogę powstrzymać zarówno zaciekawienia, jak i strachu.


Książka była inspirująca. To już wiadomo. Napisana językiem, którego właściwie nie zauważałam, który nie zatrzymywał, nie przeszkadzał, nie psuł przyjemności. Napisana zabawnie i poważnie. Miłoszewski wykorzystał temat, który aż się prosił o literackie rozwinięcie. Zabójstwo jednego z uczestników terapii ustawień i śledztwo, w którym głównymi podejrzanymi są inni jej członkowie, to właściwie samopiszący się bestseller. Świetny jest komisarz, który to śledztwo prowadzi, i świetne są pułapki, w które razem z nim wpadamy. Brawa należą się też pisarzowi, który zagłębił się w szczegóły psychologicznej teorii i opowiedział ludziom nie tylko swoją historię, ale też kontrowersyjną metodę leczenia, wprowadzoną przez Berta Hellingera. Bogu dzięki, istnieją dobrze napisane, ciekawe, polskie kryminały.


niedziela, 26 lutego 2012

Byłam w kinie na „Artyście”. Dla mnie porywający i bardzo pomysłowy. Świetnie nakręcony, świetnie wymyślony i genialnie zagrany. Pomysł, żeby opowiedzieć o rewolucji w kinie i wprowadzeniu doń dźwięku za pomocą środków wyrazu kina niemego, poprzez historię jego legendarnego aktora, był w 100% trafiony. Moim zdaniem spokojnie mógłby dostać Oscara. Tak jak Jean Dujardin (pierwszoplanowy aktor).


Poza tym na biurku najbliżej mnie leżą teraz cztery książki: „Dziennik taty” Tomasza Kwaśniewskiego, „O pięknie” Zadie Smith, „Uwikłanie” Zygmunta Miłoszewskiego i „Gra o tron” George’a R. R. Martina. Cóż, bywam zmienna i potrzebuję wielu wrażeń, z różnych rejestrów. Słowo więcej na temat lektury numer jeden. Redaktor, którego wieczorami słucham w radiu, zawarł w tej książce tyle szczerych emocji. Konfrontuje się z małą nieprzewidywalną istotką, która staje się jego dzieckiem, i jest w tym tak wiele frustracji dorosłego człowieka, tyle wdzięczności, miłości, bezradności i złości. Ten pamiętnik to bardzo fajna rzecz, uświadamia mi, jak bardzo ciążę i rodzicielstwo może przeżywać świadomy ojciec, któremu zależy. Jak bardzo nieperfekcyjne może ono być i jak dalekie od ideału.

 

  

piątek, 13 stycznia 2012

Nowy Houellebecq mnie rozczarował. Tyle szumu pojawiło się wokół tej książki. Wszyscy drżeli, gdy pisarz - który w powieści umieszcza, a potem uśmierca samego siebie - nie pojawił się na jednym ze spotkań autorskich. Styrany życiem, wiecznie zabiegany poczciwina, po prostu zapomniał. Podobnie było z tą książką - miało być wielkie wow, a zostało tylko krótkie wzruszenie ramionami.

Oczywiście były wątki, które mi się w niej podobały. Był specyficzny dla H. nastrój smutku, samotności, rezygnacji, który chętnie witam z każdą kolejną książką autora. Był ciekawy pomysł na karierę artystyczną Jeda, malarza-fotografa, najciekawszą moim zdaniem u kresu jego życia. Niestety wątek kryminalny, zawiązany na ok. 230 stronie, strasznie pobieżny i nieadekwatny do reszty fabuły (tak w opisie, jak i rozwiązaniu) wszystko popsuł. Nie rozumiem, po co Houellebecq go wprowadził, naprawdę. Diagnoza współczesnego środowiska artystycznego Francji też niespecjalnie mnie uwiodła. Ot, nazwiska znanych we Francji osób, zestawione ze sobą. Właściwie tyle mam do powiedzenia na temat tej książki. Cieszę się, że przeczytałam, ale raczej nieprędko do niej wrócę.

No i żeby aż Nagroda Goncourtów?

 

niedziela, 11 grudnia 2011

W ten weekend zabrałam pieniądze, które dostałam wcześniej od mojej rodziny, i pognałam do sklepu. Zaczęło się dość niewinnie. Wybrałam "O pięknie" Zadie Smith, bo już tyle o niej słyszałam, że wreszcie chciałabym sprawdzić, co też się w niej znajduje, i "Traktat o łuskaniu fasoli" Wiesława Myśliwskiego. Ponieważ tę drugą książkę już czytałam, w ostatniej chwili wymieniłam ją na najnowszą biografię Miłosza spisaną przez Andrzeja Franaszka. W czasie studiów czytałam dużo takich książek. Stwierdziłam, że chcę mieć ją na półce i zaglądać do niej w weekendy, gdy nic nie będzie mi przeszkadzać. Na tym zakończyła się pierwsza część zakupów. Stety-niestety w drodze powrotnej zahaczyłam o księgarnię, aby kupić pewien drobiazg...i wyszłam z dwiema kolejnymi książkami. "Fabryką muchołapek" Andrzeja Barta, którą od dawna chciałam przeczytać, i "Mapą i terytorium" Michela Houellebecqa. Tak, wreszcie kupiłam! 

Można więc powiedzieć, że moja rodzina kupiła mi w tym roku wyjątkowo udane prezenty!

Chyba odłożę "Rok potopu" Atwood, z którym walczę od tygodnia, i zabiorę się za którąś z nich:

   

--- Uwaga, zdradzam szczegóły akcji ---

Gdy przewróciłam ostatnią stronę tej książki i skończyłam czytać ostatnie zdanie ("Zimno robi się w skryptorium, boli mnie kciuk. Porzucam to pisanie nie wiem dla kogo, nie wiem już o czym; Dawna róża pozostała tylko z nazwy, same nazwy nam jedynie zostały."), poczułam, jak kręci mi się w głowie. Jak ten średniowieczny świat wypluwa mnie z powrotem do XXI w., wyrzuca poza krąg opactwa, intryg i płonącej biblioteki. Kurcze, czy to możliwe, żebym aż tak wsiąkła?

Z początku było ciężko. Polubić ten styl. Przestać walczyć z nadzieją na coś współczesnego, lekkiego. Przyjąć to, że rzecz będzie o manuskrypcie, mnichach i zakonie, dać się wciągnąć w sam pomysł. Na ostatnich stronach książki - a już poza właściwą powieścią - sam autor wspomina słowa wydawców, którzy radzili mu skrócić nieprzyjazny wstęp. Nie posłuchał, sam chciał dyktować warunki i dopuścić do swojej opowieści tylko tych, którzy wytrzymają.

Eco wykorzystał w tej książce kilka mocnych wątków. Motyw mistrza i niedoświadczonego ucznia, motyw biblioteki labiryntu jako miejsca tajemniczego, niedostępnego, motyw ślepca, który pociąga za sznurki i jest głównym sprawcą wypadków. Już samo połączenie ciekawie się zapowiada. Wprawny pisarz może z takiej materii wyczarować cuda. Te tematy osadził w ironicznej opowieści o duchowieństwie, którą napędza kryminalna intryga, poprowadzona tak mądrze, że skandynawscy mistrzowie sensacji w stylu Larssona czy Lackberg mogliby się od niego uczyć.

Co było moim zdaniem naj? Zabawne opowieści o braciaszkach benedyktynach, którzy na porannej modlitwie przysypiają, a za karę muszą robić obchód z kagankami w ręku. Którzy rozprawiają nad cnotą ubóstwa, a sami noszą sygnety na palcach.

Drobiazgowość, z jaką Eco opisał labirynt wypełniony zakazanymi książkami. Czas, jaki dał nam na odkrycie jego logiki. Kolejne wyprawy Wilhelma i Adsa, które stopniowo zaznajamiały nas z potężnym gmachem, jego tajemnymi przejściami, skomplikowanym kodem i zakazanym zbiorem finis Africae. Spektakularny pożar, który może wywołać ciarki na plecach. Wreszcie rozwiązanie zagadki - nikt z czytelników nie zgadnie, przez jaką książkę zginęło tyle osób i kto tak bardzo się o nią troszczył, że zabijał wszystkich, którzy byli blisko...

I wreszcie trzecia rzecz. Konstrukcja książki. Podział na osiem rozdziałów, odpowiadających ośmiu dniom, w czasie których dzieje się akcja. Podział każdego dnia na pory takie jak pryma, nieszpór, kompleta porządkujące życie i praktyki benedyktynów. Krótkie zapowiedzi rozdziałów, które dają nam przedsmak tego, co wydarzy się na kolejnych stronach, a często wprost zdradzają, że ktoś zginie ("Po nieszporze. Kiedy to, chociaż rozdział jest krótki, starzec Alinard mówi sporo interesujących rzeczy o labiryncie i o tym, jak się do niego dostać", "Nona. Kiedy to wymierza się sprawiedliwość i dręczy nas kłopotliwe uczucie, że nikt nie ma racji", "Noc. Kiedy to dochodzi do pożogi i z powodu nadmiaru cnoty górę biorą siły piekła".

Książka Eco to jedno z tych dzieł, które wpycha się nam jako klasykę literatury, "nie czytałeś tego, no coś Ty" i "książki, których nie wypada nie znać". A ja cieszę się, że podobnie jak "Bracia Karamazow" i kilka innych wielkich dzieł z tej nieszczęsnej kategorii stała się Moją Książką, moim osobistym zaskoczeniem, oczarowaniem. Że porwała mnie do tego stopnia, że po skończeniu jej miałam ochotę zacząć ją od nowa.

poniedziałek, 07 listopada 2011

Ogromny głód pochłaniania historii powrócił. Dumnie stanęłam więc przed swoimi książkami. Tyle nieprzeczytanych leży jeszcze na półkach i czeka na swoją chwilę. Zdążyłam oczywiście wyszukać w internecie przynajmniej kilka "must read". Ale nie - powiedziałam - najpierw jakaś własna. Po co znowu kupować, skoro w domu tyle tego jest. I aż się prosi.


Jeszcze raz przeszłam się od półki do półki, od sufitu do podłogi. Wpadł mi w oczy Umberto Eco ze swoim "Tajemniczym płomieniem królowej Loany". I poczułam, jak impuls wyrywa się i trafia prosto tam, między strony. Ale najpierw "Imię róży". (Czasem tak jest, że ktoś coś sobie robi na świecie, inni uznają go za wybitnego, i wtedy niby nie wypada nie przeczytać tego jednego arcydzieła, w którym po raz pierwszy rozbłysł talent. Podobnie byłoby nie zaczynać przygody z Bułhakowem od "Mistrza i Małgorzaty" czy przygody z Kunderą od "Nieznośnej lekkości bytu".)


A więc "Imię róży"...? Klasztor, jacyś mnisi, średniowiecze. Autor rzecz jasna znany. Ceniony semiotyk, bibliofil. Niezwykle mądry facet.


No i co? Ku mojemu zdziwieniu trzyma mnie mocno że aż strach! Wkręca w historię i nie daje się odłożyć niedoczytane. Ale nie żałuję, ale ale!
Opiszę więcej, jak już zakończę tę przyjemność.

piątek, 22 lipca 2011

Zaczynam swoją przygodę z książką, o której tak wiele słyszałam. Oto pierwszy fragment:

Tak sobie żyję. Wstaję, tyram, kładę się. Wstaję. Ujdzie w tłoku. Cała masa ludzi tak żyje.Wstają, tyrają, kładą się. Wstają. Uchodzi im w tłoku.Nie znam celu tej gehenny. Gdy miałem szesnaście lat i rzucałem o mur butelkami po jabolach na koncercie Zielonych Żabek, wiedziałem, po co żyję.

W sensie, tak żyłem jeszcze wczoraj. Ale dzisiaj wszystko się zmieniło. Do mojego życia wkroczyła mateńka pojebka. Otworzyła słoik z konfiturami, rozchlapała śliweczki po ścianach, a na końcu rozwaliła go o kant lodówki.Dzięki ci, mateńko pojebko,że chociaż coś zaczęło się dziać. Mimo że nie naprawię już ani milimetra świata.

wtorek, 26 kwietnia 2011

Ostatnio postanowiłam rozpoznać pole we współczesnej literaturze wypełnione przez kryminały. Chyba nigdy w życiu nie przeczytałam żadnego, toteż na fali ich ostatniej popularności postanowiłam zrozumieć tę fascynację. Przepuścić ją przez własny filtr. W pracy ciągle słyszałam o wyjątkowych książkach Mari Jungstedt. Kupiłam "Niewidzialnego".

Fabuła wygląda następująco: Małżeństwo przyjeżdża na Gotlandię i wraz ze znajomymi organizuje imprezę. Po wieczornej awanturze zakochanych ktoś zabija na plaży Helenę. Rozpoczyna się dochodzenie. Policja jest bezradna i krąży od jednej do drugiej osoby,przesłuchując każdego, KAŻDEGO, kto ma jakikolwiek związek z ofiarą. Pózniej giną jeszcze dwie kobiety. Przedstawiani są kolejni przyjaciele ofiar, kolejne rodziny. Ostatecznie zagadkę rozwiązuje ta, która ma być ostatnią ofiarą seryjnego mordercy. To ona dzwoni na policję i zdziwionym oficerom wskazuje, kto jest mordercą. Bogu dzięki za jej spostrzegawczość, w przeciwnym wypadku śledztwo chyba nigdy by się nie skończyło,a te nieporadne malepy pałętaliby się w tej historii przez kolejne kilkaset stron. Książka kończy się moralizatorską puentą - tak słabą i tak nieadekwatną, że aż chce się płakać -  jakoby takie zachowania chorych psychicznie frustratów były skutkiem niewłaściwego wychowania. Ostatecznie okazuje się, że i ofiary i morderca byli wychowywani w niewłaściwy sposób. End of story.

Mari Jungstedt ma wielki talent. Dlaczego? 

1. Jak można znudzić czytelnika,kiedy pisze się powieść kryminalną? Sednem tego gatunku jest przecież zagadka, tajemnica. To, co utrzymuje czytelnika przy książce, to jego zaciekawienie, podniecenie i denerwująca potrzeba doczytania jeszcze jednej strony! Jak można - pytam - zanudzić człowieka czymś, co z definicji jest intrygujące.

2. Jak można napisać historię kryminalną tak, że dopiero od 250 strony zaczyna się coś dziać. Dopiero wtedy, kiedy już absolutnie COKOLWIEK musi się wydarzyć, aby książka w ogóle mogła się skończyć. Jak można pisać o kolejnych ludziach, kolejnych przesłuchaniach, kolejnych ludziach, kolejnych przesłuchaniach, które nic, ale to nic nie wnoszą. Które nie splatają się ze sobą w interesujący sposób, które nie twrzą skomplikowanej siatki domysłów, podejrzeń, które nie wyprowadzają nas w pole.

3. I zarzut najpoważniejszy. Jak można w powieści, w której roi się od policjantów, ofiar i morderców, nie stworzyć ani jednego bohatera z jakąkolwiek cechą charakterystyczną? Jak można stworzyć tak papierowe, bezpłciowe postaci, które nie wywołują w nas żadnych emocji? Jak można rozpisać je tak, że po prostu chodzą, jedzą, coś tam robią...W POWIEŚCI KRYMINALNEJ!!!!

Konkluzja jest następująca - można! Mari Jungstedt to potrafi. Musi mieć ogromny talent, bo moim zdaniem to wcale niełatwe zadanie!

I jeszcze zarabia na tym mnóstwo kasy...

czwartek, 24 marca 2011

Kolejna książka, która ostatnio podbiła moje serce. Historia Lesia Kubajka oraz jego współpracowników z biura architektonicznego w Warszawie. Lesio, roztargniony romantyk, lekkoduch, ukryty geniusz ujawniający swe talenty w najmniej oczekiwanych momentach, stale zmaga się z trudną do zniesienia rzeczywistością. Notorycznie spóznia się do pracy, nie potrafi spokojnie wysiedzieć przy biurku ani oprzeć się urokom pani Barbary zajmującej sąsiednie stanowisko. Ma poczciwą żonę Kasieńkę, specjalistkę w urządzaniu karczemnych awantur i rzucaniu wazami. Jedno powstrzymuje go przed osiągnięciem szczęścia absolutnego - personalna i jej książka spóznień. Nękany codziennie z rana pogardliwym spojrzeniem pani Matyldy, skrupulatnie odnotowującej jego absencję, postanawia ją unicestwić, usunąć z tego świata. Wtedy - jak twierdzi - na jego planecie zapanuje szczęście.

 

A tak zaczyna się ta książka:

"(...) Lesio istnieje. Istnieje wyraznie, realnie, zdecydowanie, a niekiedy nawet z hukiem. Czas jakiś temu, porósłszy w pierze i nabywszy pojazd mechaniczny, rozbił nim parkan na jednej z głównych ulic Wiednia, po czym ufundował nowy własnym kosztem.

Nazwy ulicy nie podam przez zwyczajne miłosierdzie. Lesio wciąż jeszcze żyje cichą nadzieją, że powieść o nim nigdy się nie ukaże, jeśli zaś się ukaże, to on nie zostanie rozpoznany. Tylko wyjątkowy takt otoczenia może pozostawić mu to złudzenie. Każdy, kto zna Lesia,bez żadnych wątpliwości będzie wiedział, że to on.

Charakter Lesia, acz szlachetny,jest nad wyraz skomplikowany,dusza pełna fantazji,a życiorys bogaty w wydarzenia. Może nie wszystkie z opisanych tu czynów w rzeczywistości popełnił. Ale z pewnością do wszystkich był zdolny..."

wtorek, 22 marca 2011

Wczoraj skończyłam czytać "Ślepego zabójcę".Ze smutkiem odłożyłam tę książkę na półkę.


Pamiętam, jak kiedyś oglądałam film "Into the wild" z muzyką Eddiego Veddera, niezwykle sympatycznym Emilem Hirschem oraz nieznają jeszcze prawie nikomu Kristen Stewart. Ziarnko padło wtedy chyba na właściwą glebę. Kiedy wybrzmiewały ostatnie takty muzyki, siedziałam jak porażona. Jak nastolatka, która po raz pierwszy w życiu obkleja pokój plakatami Curta Cobaina. Nie pamiętam, co wprowadziło mnie w taki stan, ale pamiętam że.Pamiętam też, że kiedy film już się skończył, od razu rozpoczęłam przewijanie, klatka po klatce, fotografowanie scen, robienie kolaży. Właściwie obejrzałam go w całości po razu drugi. Następnego dnia również - ale już jak człowiek, od początku do końca, bez skakania między klatkami. I tak jeszcze pięć razy.

Podobnie jest z Atwood.Nie mogę się od niej oderwać, mimo że już się dla mnie skończyła. Znów wróciłam do początku i zaczęłam przewracać kartki.

Z tą książką kojarzy mi się najpierw jedno słowo - dyscyplina. Za każdym razem, kiedy do niej sięgałam, miałam wrażenie, jakby stał nade mną wielki wąsaty pan z linijką, gotowy do chlaśnięcia nią po moich palcach. Dzięki tej strasznie sugestywnej narracji starej kobiety, Iris, która opisuje swoje życie, wpadamy do tamtego świata i nagle jest tak,że to my siedzimy w jej złotej klatce i to my nosimy krzyż, mając cztery, sześć, piętnaście, dwadzieścia, pięćdziesiąt lat. To właśnie nad nami stoi pan z linijką i nie możemy pisnąć ani słowa. Stąd niedaleko do drugiego słowa w tej mapie mysli - poświęcenie. Można powiedzieć, ze "Ślepy zabójca" to historia kobiety, która poświęciła całe swoje życie. Złożyła siebie w ofierze, ale też stała się ofiarą innych. Żyła tak, jakby mogła znieść wszystkie okrucieństwa, które zgotuje dla niej los.

Ta kobieta miała siostrę, Laurę. Wiecznie postrzegana za niewinną, wiecznie szukająca właściwej drogi do Boga, interpretująca wprost każde słowo. Pełna uczuć, pasji, romantycznej wiary w ludzi. Kiedy się ją krzywdziło, po prostu zamykała oczy i odpływała, zostawiała samo ciało, stawała się nieobecna duchem. Od początku wiadomo, że zginęła w wypadku samochodowym. Akcję przerywają fragmenty innej książki, którą kiedyś pisała. Pełne nienawiści i namiętności, wypełnione scenami brudnego seksu, niezdrowego uzależnienia i dramatycznej obsesji. Dosadne, bezpośrednie sceny, które tworzy umysł nękany przymusem odreagowania.

Historia tych dwóch kobiet toczy się powoli, choć bardzo intenwysnie na ponad 600 stronach. Zachwyci wszystkich miłośników klasycznej powieści, w którą trzeba się wczytać, aby poznać bohaterów, a potem wytrwać tych kilkaset stron, by sprawdzić, co też im się przytrafiło.

piątek, 18 marca 2011

Wczoraj na poprawę humoru (poza dwoma lakierami do paznokci, dobrym drinkiem i ciepłym, pachnącym pieczywem) kupiłam dwie książki, które właśnie pojawiły się w księgarniach. Zupełnie różne, poruszające zupełnie inne wątki. Napiszę o nich więcej.

piątek, 11 marca 2011

Czyli pojawiła się nowa kategoria. Będę sobie polecać, opisywać, cytować. Tworzyć listy.

Ślepy zabójca. M. Atwood

Nagle Laura znalazła się w wodzie. Na szczęście nie szłyśmy tuż obok głównego prądu, więc jej nie porwał.

Pozwoliła mi się zaprowadzić do domu. Było mnóstwo pełnego strachu gderania, napominania i besztania, kubek wołowego rosołu, ciepła kąpiel i termofor dla Laury, której niefortunny wypadek przypisano jej dobrze znanej niezręczności; kazano jej uważać, gdzie chodzi. Ojciec powiedział do mnie: "dobra robota"; zastanawiałam się, co by powiedział, gdybym straciła Laurę.Reenie stwierdziła, że przynajmniej mamy pół rozumu na dwie, ale co my tam w ogóle robiłyśmy?I to w takiej mgle. Powiedziała,że powinnam była to przewidzieć.

Tamtej nocy nie spałam przez wiele godzin, obejmując się rękami i mocno ściskając.Miałam lodowate stopy i szczękałam zębami. Nie mogłam wyrzucić z pamięci obrazu Laury w lodowato czarnych wodach Louveteau.

--

Zastanawiam się, czy nie stworzyć oddzielnej zakładki z książkami.